leki - leczenie - psychiatria

Piętnasty rok na lekach i jakoś leci

7 listopada 2006 roku, godzina 8:15. Dwudziestoletnia Kluskova, dygocząc z przerażenia, idzie do lokalnej poradni zdrowia psychicznego, prawie-całkiem-sama, na swoją pierwszą w życiu wizytę u psychiatry.

Do psychiatry skierował mnie mój ówczesny terapeuta na bodajże trzeciej wizycie, kiedy zdecydowałam się minimalnie otworzyć i opowiedzieć mu o paru dręczących mnie objawach. W tamtym czasie byłam na pewno mniej psychotyczna, niż w okresie liceum, moja kondycja psychiczna nie należała jednak do dobrych, delikatnie mówiąc. Kiedy wyrzucono mnie z uczelni po pierwszym roku studiów, który okazał się totalną klapą, mój świat się zawalił. Robiłam sobie w głowie swoisty rekonesans, ale objawy psychotyczne zaczęły znowu się nasilać. W domu słyszałam tylko wymówki, pretensje i szantaże – bo przecież rzuciłam studia! A ja naprawdę nie miałam siły myśleć co dalej, stałam na zamglonym rozdrożu niczym bezradne dziecko. Starając się znaleźć w tym chaosie jakiś rozsądek, zapisałam się do psychologa. Wtedy psychoterapia na NFZ była lepiej dostępna i faktycznie mogła przynieść jakieś owoce.
No i poszłam na wyznaczony termin i, jak napisałam, trzy tygodnie później trafiłam do psychiatry. O moich doświadczeniach z psychoterapią napiszę w przyszłości osobną notkę.
Czekałam w poczekalni dłuższą chwilę, aż w końcu lekarz mnie przyjął. Nie wydawał mi się specjalnie sympatyczny, ale i ja patrzyłam wtedy na świat inaczej, więc nie było i nie ma się czym przejmować. Wypytał o kilka rzeczy, coś tam wpisał do kartoteki. Wizyta nie trwała długo, a z gabinetu wyszłam z receptą. Kiedy pokazałam ją w domu, moja rodzina zorientowała się, że „chyba mam jakiś problem” – to tak na boku.
Lekiem, który przepisał mi psychiatra, była Pernazyna. Mama wykupiła mi ten specyfik w aptece, a ja, wertując ulotkę stwierdziłam, że lekarz chce mnie otruć i zabić. :) Chwilę potem przyszedł jednak krytycyzm – po coś tam poszłam, z własnej woli, do tego doktorka, więc nieważne, wezmę ten lek. Nadszedł wieczór, a wraz z nim pora zażycia pierwszej dawki. Bałam się i to bardzo… ale połknęłam małą, żółtą i, jak się okazało, obrzydliwie gorzką tabletkę, po czym poszłam spać. Spałam dłużej niż zwykle, a rano miałam trochę „ciężką głowę” – poza tym żadnych niepokojących oznak.

Pernazynę brałam jakieś trzy miesiące – w tym i końską, przeciwpsychotyczną dawkę 300 mg. Nie wiem, jak byłam w stanie na tym funkcjonować i jeszcze uczęszczać na oddział dzienny (ten zaczęłam w styczniu 2007 roku). Jakkolwiek, lekarka z dziennego, pod której skrzydła przeszłam, zdecydowała się na zmianę leków. Z perspektywy czasu zmianę mogę ocenić jako „zamienił stryjek…”, ale od początku. Skutki uboczne Pernazyny bardzo dawały mi się we znaki. Przede wszystkim były to: ciągła senność, spanie po 14 godzin na dobę oraz sny – odkąd tylko zmrużyłam oczy, przez cały czas snu (który wynosił 14 godzin…), śniły mi się jakieś kompletne głupoty. Codziennie, noc w noc. Nietrudno domyślić się, że byłam po prostu wykończona. Dodatkowo, o tym też mogę nadmienić, Pernazyna wytłumiła całkowicie moje libido – to było akurat błogosławieństwem… Może wrócę jeszcze do tego tematu.
Cóż zatem zapisała mi lekarka z oddziału dziennego? Ni mniej, ni więcej: Olzapin. W internecie czytałam tylko: „ludzie na tym leku tyją jak świnie”, ale pomyślałam: „przecież lekarz wie co robi”. I, o święta naiwności, zaufałam tej kobiecie, mimo że całe życie miałam skłonności do tycia. Człowiek był młody, głupi, zdany głównie na siebie i po prostu nie wiedział, że lekarza i leki można dowolnie zmieniać. Utknęłam na tym Olzapinie na ponad dziesięć (sic!) lat.
Pierwszego dnia po zażyciu Olzapinu zasłabłam. Na szczęście stało się to na oddziale dziennym, więc pomoc była w zasięgu ręki. Był to jednorazowy epizod – moje zasłabnięcie trwało niecałą minutę i już nigdy więcej nic takiego się nie wydarzyło.
Na początku było dobrze, ale po paru miesiącach moja objętość sadła zaczęła się niebezpiecznie powiększać. No i tak już zostało… Zmieniłam się z kobitki w miarę szczupłej, w kobietkę otyłą – choć widać to dopiero, gdy stanę na wadze, bo – tu mam trochę szczęścia – nie wyglądam na swoją ilość kilogramów.
Wkrótce potem lekarka z dziennego rozchorowała się i odeszła z pracy (niewiele brakowało jej do emerytury). Zastąpiła ją chodząca tragifarsa, która – powiem w dużym skrócie, bo o psychiatrach także będzie osobna notka – miała na swoich pacjentów, mówiąc kolokwialnie, wywalone i nawet specjalnie nie kryła się ze swoim brakiem kompetencji. Łykałam Olzapin, dupa rosła, spałam po 10-12 godzin, nabawiłam się po drodze nerwicy, ale pani doktor miała to w głębokim poważaniu, zapisując mi kolejne 20 mg.
Któregoś czerwcowego dnia roku 2014, jak to mawia młodzież, pałka się przegła i poszłam, po prostu i aż, do innego psychiatry. Tym razem prywatnie. Doktorek był wtedy „tylko” doktorem (obecnie jest profesorem :)); od razu zainteresował się moim przypadkiem i dodał mi nowy lek – Escitil (antydepresant SSRI). To było jak magia. Przez pierwsze 1,5 tygodnia czułam się, jakby coś mnie połknęło, nadtrawiło i wyrzygało do kubła na śmieci, ale potem nastąpiła rzeczona magia. Zniknęły myśli samobójcze, dręczące mnie od jedenastego roku życia, zniknęło magiczne myślenie, zniknęły natręctwa, uspokoiłam się wewnętrznie, ustabilizował mi się nastrój… i to był pierwszy milowy krok do lepszego życia. :) Doktorek widział, że Olzapin ewidentnie mi nie służy i wpływa negatywnie na moje zdrowie. Zapisał mi więc Aryzalerę, czyli arypiprazol. Nie było łatwo odstawić olanzapiny, ponieważ bez Olzapinu dostawałam silnych objawów nerwicowych – w końcu, po ponad roku kombinowania, mój mózg łaskawie się zgodził.

Jako ciekawostkę dodam, że jeśli zmieniacie olanzapinę na arypiprazol – róbcie to wyłącznie pod okiem lekarza. Trzeba robić to stopniowo i bardzo powoli, ponieważ nagła zamiana olanzapiny na arypiprazol skończy się silną psychozą. Ba, podczas zmiany ww. neuroleptyków sama miałam trochę objawów psychotycznych, na szczęście niezbyt silnych.
Pożegnanie z Olzapinem było dla mnie zbawienne – niestety do dziś borykam się z pewnymi kłopotami, których nabawiłam się biorąc ten lek. Są to, na przykład, ciągłe zaburzenia odżywiania. Na szczęście nie mogę już brać Olzapinu – nawet najmniejsza dawka, 2,5 mg, powoduje u mnie okropne zapalenie spojówek, a następnie – rogówek, które potem muszę leczyć kroplami sterydowymi (żadne inne nie pomagają).

Arypiprazol jest najlepszym lekiem, jaki brałam….nie licząc jednego feleru. Powoduje u mnie problemy ze snem. Dodatkowo, żeby nie było mi w życiu za łatwo, przyplątał się do mnie bezdech senny. Spałam z aparatem biPAP, niestety obecnie się rozregulował, a ja muszę w końcu odwiedzić mojego pulmonologa w celu ogarnięcia tej aparatury.
Tymczasem Doktorek nie jest przychylny odstawieniu arypiprazolu i zamiany na, na przykład, lurazydon. Po prostu, nie licząc problemów ze snem, bardzo dobrze funkcjonuję na tym leku i „nie chcemy tego zepsuć”. Biorę więc dodatkowo coś na sen. „Coś” to kwetiapina w dawce 75 mg. Dawka wystarczająca, by uśpić, a dostatecznie mała, by nie czuć się jak ostatni zombie. I owszem, śpię lepiej, odkąd biorę drugi neuroleptyk. Rano czasem ciężko mi zwlec się z łóżka, a w nocy często budzę się i goni mnie sikanie. Nie wiem, czy kwetiapina jest moczopędna ;) ale na pewno skutecznie wysusza gardło i z tego powodu trzeba więcej pić.

W sierpniu Doktorek pozwolił mi odstawić Escitil – niestety, po nieco ponad dwóch tygodniach, pojawiły się u mnie typowe objawy odstawienia antydepresantów.

– silne rozdrażnienie, napięcie, niepokój
– szybkie i częste zmiany nastroju, od euforii po płacz
– obfite pocenie się
– bardzo szybkie męczenie się nawet po niewielkim wysiłku
– objawy podobne do przeziębienia czy grypy, zmęczenie, bóle głowy
– pogorszenie jakości snu, i tak już marnej
– lęki

…wróciłam więc do brania Escitilu, ale będę omawiać moje przygody na kolejnej wizycie.
Reasumując: czasem mam dość tych leków, ale jeśli przestaję je brać na jakiś czas (kto tego nie robi, niechaj pierwszy… ;)), to wtedy szybko przypominam sobie, dlaczego muszę je ciągle zażywać i że jednak będzie lepiej, jeśli będę przyjmować je regularnie.
…i tak też robię, bo, najzwyczajniej w świecie, mam za dużo do stracenia. A pewne rzeczy budowało się przecież mozolnie przez długie lata.

Tyle o moich lekach. Do usłyszenia wkrótce. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *