leki - leczenie - psychiatria,  psychologia,  psychoterapia

Psychoterapia indywidualna, czyli mam pecha

Gwoli ścisłości: będą dwie notki o psychoterapii. Ta – o indywidualnej, i kolejna – o grupowej.
Wokół psychoterapii narosło wiele mitów i krąży dużo informacji mijających się z prawdą. Od razu zaznaczę, że ten wpis jest bardzo subiektywny. Niestety nie miałam szczęścia do psychoterapii indywidualnej, w sensie – do terapeutów. Mimo to, moim celem nie jest zniechęcenie kogokolwiek do tej formy pomocy. Każdy przypadek jest inny, są też różni terapeuci – ja swojego nie znalazłam, ale może Tobie się uda. :)

Dawno temu ktoś opowiedział mi kawał:
– Czym różni się Bóg od psychoterapeuty?
– Bóg nie uważa, że jest twoim psychoterapeutą.

Ba-Dum-Tss… To oczywiście tylko kawał, można się z niego śmiać lub nie, ale niestety, doskonale oddaje charakter terapeutów, na jakich trafiałam. Często zastanawiam się, czy to ja jestem takim ciężkim przypadkiem, czy też faktycznie trafiłam na specjalistów od siedmiu boleści, czy też… jedno i drugie? No nic, przeczytajcie.
Październik 2006 roku, miałam dwadzieścia lat. Wyrzucono mnie ze studiów i czekałam tylko na pismo potwierdzające skreślenie z listy studentów… Rodzina, nie nie rozumiejąc kompletnie z czym się borykam (i to już od czterech lat), non stop urządzała mi awantury, robiła wymówki, dogadywała, szantażowała. A ja, jak pisałam w poprzedniej notce, czułam się jak przysłowiowe dziecko we mgle. Mój świat się zawalił, objawy znowu się nasiliły, ale mimo to miałam gdzieś z tyłu głowy krytycyzm – coś jest nie tak. Poprosiłam mamę, żeby umówiła mnie do jakiegoś psychologa, ponieważ wykonanie telefonu mnie wtedy przerastało. W odpowiedzi usłyszałam, że „cuduję”, „ale dobrze, zadzwonię tam”. Tam, czyli do poradni zdrowia psychicznego. Tym „jakimś psychologiem” okazał się pan G. Młody, ambitny człowiek, sprawiający wrażenie przyszłego prawdziwego profesjonalisty, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Na pierwszych wizytach praktycznie się nie odzywałam, nie wiedziałam co mam mówić, po co, jak.
Jednak powoli zaczęłam o czymś tam nieśmiało napomykać, a pan G., jak na terapeutę przystało, nie ciągnął mnie za język. Było mi głupio tak siedzieć z nim w gabinecie i gapić się w ścianę… W końcu, od słowa do słowa, nieśmiało napomknęłam mu, że ludzie jakoś szczególnie się mną interesują, a w wentylacji – tu czy tam – zawsze mogą być jakieś kamery. W pamiętnym roku 2005 obsługa hotelu, w którym spędziłam wtedy kilka dni, po prostu musiała mnie nagrywać, no bo jak wytłumaczyć, że potem cały czas dziwnie się na mnie gapili i śmiali pod nosem?! A do tego ten dziwny spisek… no i pan G. powiedział, że powinnam koniecznie pójść na wizytę do tamtejszego psychiatry. Terminy nie były odległe, poszłam, psychiatra zapisał leki (patrz poprzednia notka) i w moim życiu zaczął się nowy rozdział.
Byłam dopiero na początku drogi, siłą rzeczy czułam się więc zagubiona, miałam dołek i swoiste poczucie beznadziei czy marazmu – nie wiedziałam, co dalej zrobić ze swoim życiem, bo cały mój dawny świat popadł w ruinę. Pan G. zaproponował wtedy: w naszej filii w sąsiednim mieście jest dzienny oddział psychiatryczny, niech pani się tam zgłosi zaraz po Nowym Roku, pani ordynator panią przyjmie i będzie pani uczęszczać na terapię. Pomyślałam – dobry pomysł. Na pewno lepszy, niż kiszenie się w domu i słuchanie dogadywania. Do spisu durnych odzywek rodzinki doszły bowiem nowe pozycje – „wymysły konowałów”, „wymyślasz sobie problemy, bo ci się nie chce pracować” albo „ona to ma od tego komputera”. To bolało, ale jeszcze mniej niż potem – bo w końcu robisz, człowieku, jakieś postępy, jesteś z siebie dumny, a tu ŁUP, własna rodzina trzaśnie cię w łeb, aż prawie znowu się wywracasz na ziemię… Życie.
Na początku stycznia zgłosiłam się na dzienny oddział psychiatryczny. Jest to spora ilość rzeczy do omówienia, więc pozwólcie, że zrobię to w osobnym wpisie za jakiś czas. Na dziennym spędziłam w sumie dwa „turnusy”, czyli – pół roku. Dużo zawdzięczam temu miejscu, a moje wrażenia w większości były i są pozytywne, także po kilkunastu latach. Potem kontynuowałam terapię indywidualną u pana G., ale coś jakby zaczęło się psuć. Mimo faktu, że usilnie chciałam sobie wmówić, że mi się wydaje. I powiem szczerze – ciężko mi ocenić terapię u pana G. jednoznacznie. Niewątpliwą wadą pana G. było to, że próbował zgrywać jakiegoś wielkiego mędrca – guru. Nie znosił moich komiksów, mówiąc, że są „niesprawiedliwe” i „antypsychiatryczne”. A ja w tamtym okresie nie miałam na celu obrażania czy wyzłośliwiania się – rysowałam to, co czułam, po prostu. Niestety z powodu jednego dosadniejszego rysunku – treść tego rysunku podyktowało mi tzw. serce, a nie dziecinna chęć czy niska potrzeba zrobienia komukolwiek na złość – zostałam wpędzona przez mojego terapeutę w poczucie winy i poczułam się jak mały, podły niewdzięcznik. Byłam ewidentnie zrozpaczona… Minęło trzynaście lat i co tu więcej dodawać – wnioski które z nas zachowało się nieprofesjonalnie, wysuwają się same.
Moją niechęć wzbudzało coś jeszcze – pan G. był nieomylny i wiedział wszystko najlepiej. Wiedział, dlaczego noszę koszulkę z pewnym symbolem, dorobił do tego całą ideologię i nie dał sobie wyjaśnić, że to było po prostu logo mojej ulubionej gry z tamtego okresu. Lepiej ode mnie wiedział również, dlaczego nazwałam postać z komiksu jakimś imieniem… i tak dalej. Drażniło mnie to, ale mówiłam sobie: „co ja tam głupia wiem…”.
Wkrótce jednak moja terapia dobiegła do niespodziewanego końca – pan G. zwolnił się pracy i wyjechał za granicę… wkrótce jednak wrócił do Polski i zaczął przyjmować pacjentów w prywatnym gabinecie. Byłam tam chyba dwa razy – niestety nie miałam pieniędzy na prywatną terapię, a dwa – dojazd w tamto miejsce był dla mnie naprawdę fatalny. No i tak nasze drogi się rozeszły.

…to był już rok 2010. Zaczynałam studia licencjackie, ale generalnie był to dla mnie ciężki okres, bo po pierwsze miałam ogromną traumę po trzech miesiącach mobbingu w mojej, pożal się Boże, pierwszej pracy, a po drugie – mój ojciec znowu zaczynał popijać. Nie mieszkałam z nim, ale potrafił skutecznie zatruć mi życie. Wtedy zdecydowałam się na pójście do ośrodka leczenia uzależnień. Zostałam zapisana do jakiejś terapeutki, ale ta wkrótce odeszła na urlop macierzyński i przekazała mnie swojej koleżance – niejakiej pani L. Terapia z tą kobietą była tyleż stratą czasu, co po prostu szkodzeniem sobie. Pani terapeutka zobaczyła we mnie paskudny, wystający gwóźdź, który koniecznie należało wbić z powrotem, żeby nie psuł kompozycji. Terapia z nią kręciła się cały czas wokół jednego i tego samego:
– Powinna się pani inaczej ubierać, bardziej kobieco.
– Powinna pani znaleźć w sobie potrzebę bliskości i poszukać partnera.
– Powinna się pani zacząć interesować bardziej dorosłymi i kobiecymi sprawami…
– …bo gry komputerowe i komiksy są po prostu dziecinne.

Któregoś razu zapytała mnie, czy… mam błonę dziewiczą. Nie czy uprawiałam seks, czy miałam faceta albo ilu miałam facetów… po prostu, czy mam błonę dziewiczą. Nie wiem, czy to była jakaś wyszukana sztuczka psychologiczna, ale maksymalnie mnie to zniesmaczyło. A pani L. w kółko wałkowała swoje cztery ukochane tematy. No i cóż… Niestety, przez swe zaślepienie chorobą (tak w każdym razie twierdziła pani psycholożka) gwóźdź uznał, że pani L. prędzej rozwali sobie młotkiem palec, niż go wbije w tę ścianę… Więc, używając potocznego języka, olałam temat i więcej do niej nie przyszłam.
Żeby jednak sprawiedliwości stało się zadość: terapie grupowe w ośrodku leczenia uzależnień były naprawdę rewelacyjne i prowadziły je naprawdę profesjonalne terapeutki.
Terapie grupowe w wyżej wymienionym ośrodku wydały owoce dopiero kilka lat później. Ale były to naprawdę konkretne i dojrzałe owoce. O terapii indywidualnej z panią L. chciałabym po prostu zapomnieć.

Moją kolejną terapeutką była D. – byłam z nią na tyle zaprzyjaźniona, że byłyśmy na „ty”. Poznałyśmy się na gruncie bynajmniej nie terapii – D. uczestniczyła w pewnym projekcie dla osób niepełnosprawnych, w którym brałam udział. D. była też psychologiem w Zakładzie Aktywności Zawodowej, gdzie znalazłam zatrudnienie na dłuższy czas. Szybko okazało się, że bardzo dobrze się dogadujemy, i to nie tylko jako koleżanki, ale też w relacji pacjent – terapeuta. Korzystałam więc z terapii, te rozmowy dawały mi naprawdę dużo i cóż – D. to była najlepsza terapeutka, z jaką przyszło mi się zetknąć, a terapia u niej była najbardziej konstruktywna. Odpowiadała mi jej osobowość, sposób bycia – wyróżniała się na tle szarych, nudnych „normików”, a ja wiedziałam też jaki D. ma światopogląd. Mniej więcej podobny do mojego, co stanowiło dodatkowy atut (mimo, że wiem, iż światopogląd terapeuty nie powinien w żaden sposób wpływać na proces terapeutyczny).
Niestety, nic co dobre, nie trwa wiecznie. Zmieniła się dyrekcja i traf chciał, że D. kończyła się wtedy umowa o pracę. D. została zwolniona, za jakieś rzekome uchybienia, a tak naprawdę w wyniku jakiejś dziwnej intrygi. Nie będę się w to zagłębiać, bo to niby nie moja sprawa – niby, bo zostałam pozbawiona dostępu do terapii i swojej najlepszej terapeutki. Jeśli powiem, że tego nie odchorowałam – skłamię.

Ale cóż było robić – na pewnie rzeczy nie mamy wpływu i trzeba się z tym pogodzić. Mój kontakt z D. urwał się całkowicie, mówi się trudno i żyje dalej.
Po jakimś czasie znów postanowiłam spróbować terapii – tym razem w tej samej poradni zdrowia psychicznego, gdzie zaczęłam się leczyć w 2006 roku. Zapisałam się do pewnej pani, ale po pierwsze miałam wrażenie, że chce mnie spławić, a po drugie polecała mi oddział dzienny, na co wtedy jakoś nie chciałam się zgodzić… chodził mi za to po głowie oddział leczenia nerwic. Niestety nie wiedziałam wtedy jeszcze, że tam pracuje się metodą psychodynamiczną, a tę z kolei odradzał mi mój Doktorek. A ja nie mam powodów, żeby go nie słuchać. Ale mniejsza. Zostałam umówiona z inną terapeutką, która kwalifikowała ludzi na ten oddział leczenia nerwic. Ambitna, atrakcyjna kobieta, która – jak się zdawało, doskonale wiedziała, czego chce od życia i w ogóle. Rozmawiałam z nią, a im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej usiłowała mnie brać pod włos. Zapewne była to jakaś sztuczka, służąca sprawdzeniu czegoś tam, ale moja przekorna natura jest przekorna. A poza tym zaczęło mi to zalatywać panią L., tą od błony dziewiczej. Wyszłam z poczuciem, że nic z tego nie wyjdzie. No i nie wyszło – wkrótce potem zaczęła się pandemia i wszystko zostało wywrócone do góry nogami.
Pomyślałam o jeszcze jednej szansie, późną jesienią zeszłego roku – moja dobra koleżanka przyjaźni się przecież z jakąś, podobno dobrą, terapeutką. Terapeutka ta, pani B., specjalizuje się w leczeniu uzależnień (i współuzależnienia) i jeszcze w paru innych rzeczach. Udało mi się z nią umówić. Niestety, trwała pandemia, więc terapia była prowadzona w formie rozmowy telefonicznej. Ale poniekąd było to nawet wygodniejsze. Wkrótce jednak nastąpił pewien zgrzyt, bo odwołałam drugie spotkanie w krótkim okresie – tak jakoś wyszło; niestety poinformowałam panią B. trochę za późno. Nawet mi nie odpisała, ale zlekceważyłam to, bo po co dorabiać sobie jakieś ideologie. Potem do niej zadzwoniłam, pogadałam chwilę i okazało się, że pani B. była bardzo niezadowolona z faktu, że odwołałam już drugie spotkanie. Ok, to zrozumiałe, przeprosiłam ją, wyjaśniłam co mogłam i przyjęłam rzecz do wiadomości. Umówiłam się z nią na kolejny termin. Zadzwoniłam i… sesja rozpoczęła się od 5-minutowego (z zegarkiem w ręce) kazania, że była strasznie zdenerwowana, niezadowolona, zniesmaczona i tak dalej, bo odwołałam wtedy to spotkanie, a to była godzina dogodna dla innych pacjentów. Powtarzała to kilka razy, mniej więcej takim tonem, jakim matka/wychowawczyni zwraca się do krnąbrnego i niezbyt rozgarniętego siedmiolatka. Rozumiem jej niezadowolenie, ale swoje zastrzeżenia przedstawiła mi już wcześniej, a ja przeprosiłam i obiecałam, że nie będę więcej tak robić. Nie musiała więc traktować mnie z wyższością, jak kogoś, kto reprezentuje sobą poziom siedmioletniego dziecka, i besztać mnie przez bite pięć minut. Na tym, jak możecie się domyślić, skończyła się kolejna terapia.

W lutym 2021 roku zdecydowałam się na oddział dzienny – ten zwykły, przed którym wcześniej się wzbraniałam. Był to konstruktywny czas, choć nie ukończyłam ani jednego ani drugiego „turnusu” – pierwszego ze względu na konieczność pójścia do szpitala (na operację, która nie odbyła się w wyznaczonym terminie), a drugiego – ze względu na poważną chorobę ojca, która zakończyła się jego śmiercią…
Na razie odpuściłam sobie szukanie jakiejkolwiek terapii – może gdy zacznę mieć znowu stały dochód, spróbuję dostać się gdzieś prywatnie. Ale to pieśń przyszłości.

Nie wiem, skąd wynikają moje problemy z relacjami z terapeutami. Jestem osobą, która nie lubi się nikomu podporządkowywać – mając jednocześnie ogromne problemy z asertywnością, a przy okazji dość skomplikowane zaburzenia osobowości. Widocznie mało kto chce pracować nad takim combo. :) Może po prostu nie nadaję się na terapię i powinnam się z tym już pogodzić? Nie wiem. Ale nie zniechęcam Was do terapii i liczę, że uda Wam się znaleźć odpowiedniego terapeutę, a potem osiągnąć z jego pomocą swoje cele. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *