leki - leczenie - psychiatria,  psychologia,  psychoterapia

Psychoterapia grupowa, czyli strach ma wielkie oczy

Przed Wami druga obiecana notka o psychoterapii – tym razem grupowej.
Pierwszą notkę zaczęłam od słów, że wokół psychoterapii narosło wiele mitów i że krążą różne nieprawdziwe pogłoski – niestety psychoterapii grupowej dotyka to znacznie mocniej, niż indywidualnej. Ludzie po prostu boją się psychoterapii grupowej, no bo jak to, tylu obcych, mam coś mówić na forum grupy, będą się ze mnie śmiać i mnie znienawidzą! Czy takie obawy są uzasadnione…?
W ciągu 14 lat uczestniczyłam w kilku grupach terapeutycznych. Dwa razy był to dzienny oddział psychiatryczny, a także grupa edukacyjna dla współuzależnionych oraz dwie dodatkowe grupy: trening asertywności oraz coś o nazwie „w poszukiwaniu siebie”. Ani razu na żadnej z tych grup nie spotkało mnie NIC nieprzyjemnego ze strony innych pacjentów (chodzi oczywiście o same zajęcia), co do terapeutów… był jeden drobiazg, o którym napiszę dalej. Jakkolwiek po kilkunastu latach wspominam to właśnie jako drobiazg, a nie traumę.

W każdej grupie terapeutycznej obowiązuje coś w rodzaju regulaminu – zbiór określonych zasad. Brzmią mniej więcej tak: nie oceniamy, nie wyśmiewamy, nie przeklinamy, wszystkie poruszane sprawy zostają w gronie grupy. Terapeuci sumiennie pilnują przestrzegania tych zasad, a jeśli ktoś „rozrabia” – zostaje wyproszony. Co do zasady „nie wynosimy nic poza grupę” – oczywiście nie ma możliwości sprawdzenia, czy każdy tego przestrzega. Różne rzeczy w końcu mówi się „na papierosku” czy pisze na Facebooku. Wiem, że zabrzmiało to paranoicznie, ale nie trzeba tak tego odbierać – każdy udziela się i mówi na terapii tyle, ile chce i potrzebuje. A ludzie to ludzie – nawet zamykając się w wysokiej wieży na pustyni nie uniknie się plotek i obgadywania.
Nadmienię też, że psychoterapia grupowa – w przeciwieństwie do indywidualnej – w moim przypadku była zawsze udana.

Moją pierwszą terapią grupową był dzienny oddział psychiatryczny, na który uczęszczałam przez pierwsze sześć miesięcy 2007 roku. Kiedy pod koniec roku 2006 zaproponował mi to mój ówczesny terapeuta (w poprzednim wpisie występuje jako pan G.) – kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Ale, jak napisałam, była to jakaś aktywność. A każda aktywność jest lepsza, niż siedzenie w domu i słuchanie komentarzy rodziny i znajomych na temat lenistwa, wygodnictwa i wmawiania sobie.
W pierwszy dzień byłam bardzo zestresowana. Zajęcia zaczynały się od tzw. społeczności – każdy opowiadał, co robił poprzedniego dnia i jak minął mu czas po zajęciach terapeutycznych. Lekarka i terapeuci również (podczas mojego drugiego pobytu, w tym roku, ani lekarz, ani terapeuci już się nie udzielali). Ogarnął mnie paniczny strach – mam mówić?! Na forum grupy, przy ludziach?! Przecież oni mnie wyśmieją, zniszczą, dokładnie jak w szkole… Ale postanowiłam wziąć się w garść i kiedy przyszła moja kolej – udało mi się coś powiedzieć, i to nawet składnie. Nie zaprzeczam, że trochę pomógł – choć brzmi to źle – fakt, iż było tam więcej osób, które też niezbyt dobrze radziły sobie z wypowiadaniem się.

Przerwy między zajęciami spędzałam w hallu na kanapie, a nie w tzw. kuchni, gdzie siedziała cała grupa i się integrowała. W tym siedzeniu na kanapie w hallu wspierała mnie na początku pewna dziewczyna, też nowicjuszka. Widać było, że jest w kiepskim stanie i dopiero co udało jej się z trudem przezwyciężyć jakiś wielki kryzys. Nie odzywała się słowem, po prostu tak siedziała. Na ewentualne pytania personelu lub innych osób odpowiadała krótko i półsłówkami. Nie udzielała się również na zajęciach – wkrótce została wypisana z oddziału i więcej jej nie widziałam. Straciłam więc swoją milczącą towarzyszkę siedzenia na kanapie, a nie powiem, jej obecność dodawała mi nieco otuchy… Tak czy owak, nie ciągnęło mnie do gwarnej kuchni. Wolałam grać na konsolce, szkicować albo słuchać muzyki.

Każdy dzień na oddziale miał określony plan i porządek. Zajęcia były różne: psychoedukacja, psychoterapia, gimnastyka – której wszyscy unikali jak ognia, arteterapia, nauka technik relaksacyjnych i coś, czego nienawidziłam: „psychozabawa”. Polegało to ni mniej, ni więcej na tym, że grało się w różne gry, co przypominało mi szkołę i przymusowe interakcje z „kolegami”. Na „dobry” początek przywitała mnie tzw. gra w mafię. Niestety, niektórzy pacjenci traktowali ją nieco zbyt poważnie i na tle fikcyjnej mafii często wybuchały prawdziwe konflikty… Nie chciałam brać w tym udziału, ale prowadzący zajęcia pan G. po prostu mnie zmusił, jak przedszkolanka zmusza „krnąbrne” dziecko do wzięcia udziału w jakiejś bezsensownej zabawie. Teraz oczywiście nie czuję już nic poza lekkim niesmakiem, kiedy to wspominam, ale wtedy było to dla mnie przykre. Narysowałam więc pewien rysunek, żeby jakoś to sobie uporządkować w głowie – to właśnie ten rysunek terapeuta uznał za „niesprawiedliwy” i „antypsychiatryczny”.

Rzeczą, o której chciałam jeszcze wspomnieć, były… dojazdy. Jak może pamiętacie z poprzedniego wpisu, poradnia znajdowała się w sąsiednim mieście i jeździłam tam tramwajem, tak żeby być na miejscu na ósmą (chociaż zajęcia zaczynały się o dziewiątej). Nie był to dobry pomysł – w tym mieście znajdowała się też pewna uczelnia wyższa, gdzie studiowało kilka osób z mojego znienawidzonego liceum. Nie były to osoby w jakikolwiek sposób wrogie, ale te spotkania nie były miłe. Bo zaraz padały niewygodne pytania: a dokąd jedziesz, a uczysz się, studiujesz, a co robisz. I tutaj po raz pierwszy pojawił się ten dyskomfort, związany ze strachem przed stygmatyzacją i po prostu z wstydem. O tym jednak będzie inny, osobny wpis.
Wkrótce zaczęłam, po prostu, przyjeżdżać na dzienny późniejszym tramwajem i unikałam krępujących sytuacji.

Bardzo miło wspominam te sześć miesięcy. To na dziennym nauczyłam się wypowiadać na forum grupy i zrozumiałam, że nie wszyscy ludzie są moimi wrogami. Że nie każdy widzi we mnie godnego pogardy ufoludka. Że ludzie mogą o mnie myśleć w pozytywny sposób. Zmieniłam swój dotychczasowy sposób myślenia.
Mimo dobrych wspomnień, nie nawiązałam tam żadnych znajomości. Byłam wtedy młoda, miałam ledwie 21 lat. Reszta osób była starsza i z innego świata. Część uczestników terapii znajdowała się w raczej marnym stanie i tak miesiącami, latami chodzili na ten dzienny, żeby po prostu gdziekolwiek wyjść z domu… A ich jedyną pasją było robienie i palenie papierosów oraz granie w karty. Przykro było na to patrzeć. Część pacjentów pojawiała się i równie szybko znikała – pamiętam dwa takie przypadki, kiedy wyrzucono kogoś z oddziału. Faceta, który niemalże rzucił się z łapami na pana G. oraz inny przypadek – faceta, który notorycznie kradł wspólną kawę z szafki.

Na kolejną terapię grupową trafiłam w roku 2010, kiedy zaczynałam studia licencjackie. Była to tzw. grupa edukacyjna dla współuzależnionych w ośrodku leczenia uzależnień. Długo broniłam się przed tą grupą myśląc, że będzie tak beznadziejna, jak terapia indywidualna u pani od błony dziewiczej… Tymczasem okazało się, że jest zupełnie inaczej. Prowadząca pani B. wyraziła pewne zdziwienie, widząc mnie tam – mimo to nigdy nie podjęłam terapii jako DDA. Cóż – zostałam i uczęszczałam na grupę dla współuzależnionych, mimo, że byłam tam jedyną córką alkoholika. Inne osoby były żonami, mężami, rodzicami i tak dalej, osób uzależnionych.
To była najbardziej konstruktywna grupa, na jaką chodziłam. Wyglądało to tak, że każda z osób po kolei opowiadała, co zdarzyło się w całym tygodniu – na przykład: „mąż dostał rentę, upił się i mnie zwymyślał, bo mu coś powiedziałam”. Wtedy prowadząca grupę pani B., po prostu, edukowała – mówiła skąd u alkoholika takie czy inne zachowanie, co je powoduje i, to najważniejsze, co należy wtedy zrobić, jak reagować. I jak zadbać o siebie w kryzysowej sytuacji. Dzięki tej grupie nauczyłam się bardzo dużo na temat mojego ojca i jego nałogu, co wydało potem owoce – dużo później, za to były konkretne i, jakby nie patrzeć, pomogły mi też przeżyć żałobę.

Kolejne grupy – trening asertywności i „w poszukiwaniu siebie” nie zapadły mi w pamięć już tak mocno. Myślę, że trening asertywności bardziej przydałby mi się teraz i to właśnie teraz bardziej bym z niego skorzystała.
Druga grupa, ta o bardziej intrygującej nazwie, miała pomóc współuzależnionym kobietom po przejściach jakoś stanąć na nogi i odmienić swoje życie. Było trochę kreatywności, trochę przerabiania różnych problemów. I, analogicznie, myślę, że lepiej byłby, gdybym trafiła tam teraz.
Jakkolwiek – nie był to czas stracony.

Potem miałam bardzo długą przerwę od terapii grupowych, a później – terapii w ogóle. Wiosną zeszłego roku postanowiłam wrócić na terapię indywidualną, do tej samej poradni, gdzie zaczęłam swoją „przygodę” z leczeniem. Jak mogliście już przeczytać – nie wyszło, ale za to, po paru miesiącach przemyśleń, zdecydowałam się skorzystać z tamtejszego dziennego oddziału psychiatrycznego. Początkowo nie chciałam – miałam w pamięci te osoby, które snuły się tam i z powrotem, myśląc i marząc tylko o zapaleniu papierosa… W końcu jednak…może nie tyle zmusiła, co gorąco zachęciła mnie sytuacja w mojej byłej pracy – miałam jej naprawdę potąd i zniknięcie na trzymiesięczne L4 było mi bardzo na rękę. A przy okazji mogłam przecież skorzystać z terapii. No to poszłam.
Zaskoczenie było ogromne – bardzo dużo się zmieniło przez te kilkanaście lat… Inna sprawa, że trwała pandemia, więc pewne funkcje oddziału zostały ograniczone – jak na przykład przygotowywanie posiłków. Same zajęcia też trwały krócej, ale za to były intensywniejsze. I podobały mi się znacznie bardziej, niż te, które pamiętałam z 2007 roku.
Fajnym pomysłem było coś, co nazywało się treningiem motywacyjnym. W każdy piątek każdy uczestnik terapii wyznaczał sobie jakieś zadanie na kolejny tydzień – jakiekolwiek. Na przykład: poczytam książkę, umyję podłogę, pójdę na zakupy, pojeżdżę na rowerze. Jeśli komuś udało się wypełnić to zadanie – dostawał punkt. A za trzy punkty była nagroda – jakiś drobny gadżet, który można było sobie wybrać. Niektórym faktycznie zależało na nagrodach, a mi bardziej na tym, żeby się sprężyć i ruszyć tyłek. ;) Czasem się udawało, czasem nie.
Na jakieś trzy tygodnie przed końcem drugiego pobytu (pierwszy został przerwany, bo musiałam iść na operację, która de facto odbyła się cztery miesiące później) poczułam ogromne znużenie terapią… Na dodatek grupa terapeutyczna się powiększyła. Odrobinę za bardzo – towarzystwo zaczęło zmieniać się w tłum. Nieznośna była też myśl, że pewnie mnie obgadują – nie miałam żadnych podstaw, by tak sądzić, ale nie podobało mi się zachowanie kilku osób. Na zajęciach cisi, siedzieli jak myszy pod miotłą… za to na papierosku krzyki, bluzgi, pełna dziecinna popisówka.
Drażniła mnie szczególnie jedna dziewczyna. Na zajęciach nie odzywała się słowem i tylko coś tam mruczała, ale na przerwach pokazywała prawdziwą postać – powiem tylko tyle, nie chcąc nikogo obrazić, że postać ta nie grzeszyła ani obyciem, ani inteligencją, za to robiła mnóstwo irytującego hałasu.
Jednak, tak jak pisałam na początku notki – ludzie to ludzie i nie ma co się nimi przejmować… Co nie znaczy, że nie działają mi czasem na sfatygowane lękami i paranojami nerwy.
Ostatni miesiąc terapii zbiegł się w czasie z poważną chorobą mojego ojca. Choroba, niestety, była zakaźna. Jeśli okazałoby się, że i ja ją mam – mogłam narobić w poradni ogromnych kłopotów. Dalszy udział w terapii stał się więc niemożliwy. No i cóż – opowiedziałam wszystko lekarce, zakończyłam terapię, a potem pożegnałam się z pracą i… z ojcem.

Przede mną poszukiwania pracy i kończenie pracy magisterskiej – więc, póki co, nie myślę o żadnej nowej grupie terapeutycznej.
Reasumując: z każdej z grup terapeutycznych mam dobre i pozytywne wrażenia (w przeciwieństwie do terapii indywidualnej). W moim przypadku ta forma pomocy okazała się skuteczna. Warto przełamać czasem niechęć i strach – bo ten, jak głosi powiedzonko, po prostu ma tylko wielkie oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *