psychologia,  to ja

Nie-sexy Girl Gamer

Do napisania ten notki zainspirował mnie wpis „Postacie kobiece w grach wideo” na stronie MinerwaProject. Tyle, że nie będę skupiać się na aspektach psychologicznych czy kulturowych w grach – opiszę swoją „karierę” gracza, z uwzględnieniem relacji damsko-męskich wśród graczy, ale nie tylko.

Na samym początku napiszę, że nie jestem kobietą, jaką chciałoby widzieć społeczeństwo, a zwłaszcza jego męska część. Od dziecka byłam „chłopczycą” i tak mi zostało, dodając do tego fakt, że jestem schizotypem. Krótkie włosy, zero makijażu i męskie ciuchy – tak mniej więcej wyglądam, więc „pe*ał, lesba i homoniewiadomo” to była moja codzienność i zresztą do dziś się to zdarza. Muszę jednak zmartwić wszystkich haterów – „niestety” jestem cis- i heteroseksualną kobietą. Po prostu nie wpasowuję się w schemat, czy też raczej – stereotyp. To samo dotyczy moich zainteresowań.

Na szczęście czasy nieco się zmieniły od XVIII wieku i kobietom wolno już (przynajmniej w naszym tzw. kręgu kulturowym) głosować, studiować, ubierać się jak tylko im się podoba, nie chcieć wychodzić za mąż i rodzić dzieci, a także interesować się tym, czym tylko chcą. W tym także technologiami, komputerami i grami wideo.
Niestety, niektórym panom, a także i paniom, nie może się to pomieścić w głowie. I tak od różnych pań mogłabym usłyszeć, przykładowo, że jestem „dziecinna” (tak w każdym razie twierdziła pewna psycho-loszka z poprzednich wspisów) i że „mój 10 letni syn też w to gra”, a od panów… cóż, męskie reakcje na widok kobiety grającej w gry to czasem tak zwany „temat na poemat”.

Cofnijmy się w przeszłość. Pierwsze trzy lata podstawówki wspominam miło – mój koszmar zaczął się dopiero w IV klasie, po zmianie szkoły. Tymczasem klasy I – III można określić jako fajne dzieciństwo w młodych latach 90. W każdym razie, dużo łatwiej jest mi pamiętać to, co w tamtych czasach było tylko dobre. Miałam w klasie kolegę, który mieszkał po sąsiedzku. Ów kolega miał bogatych rodziców, a co za tym idzie – wszystkie wypasione zabawki, jakich pożądały wtedy dzieciaki. Miał też konsole – Pegasusa, SNESa i inne bajery. Przychodziłam do niego czasem po lekcjach i razem graliśmy w ówczesne gry. Pamiętam sytuację, chyba przy grze „Contra”, kiedy do pokoju weszła babcia kolegi i powiedziała: „Nie powinieneś pokazywać dziewczynce takich brutalnych gier”. Tymczasem dziewczynka zdecydowanie bardziej wolała strzelające się pikselowe ludziki od laleczek i kucyków – na szczęście rodzice pozwalali mi się bawić czym chciałam i nie zmuszali do posiadania wyłącznie „dziewczyńskich” zabawek.
Niestety, w 1996 roku przeprowadziłam się, zmieniłam szkołę i kontakt z dawnymi kolegami urwał się całkowicie. Urwał się również kontakt z komputerami i grami, i to na pięć długich lat. O swoim komputerze czy choćby konsoli mogłam co najwyżej pomarzyć – w tamtych czasach były to naprawdę drogie rzeczy, a mojej mamie, wychowującej mnie samotnie, pieniądze nie rosły na drzewie. Czasem, gdy odwiedzałam kogoś, kto miał komputer – a zdarzało się to bardzo rzadko, bo po zmianie szkoły nie miałam praktycznie żadnych kolegów – udawało mi się pograć w jakąś gierkę. Sytuacja zmieniła się dopiero w trzeciej klasie gimnazjum – mama kupiła komputer! Był wprawdzie przestarzały i nie działały na nim najnowsze gry, ale mimo to coś tam można było z niego wycisnąć. Moim ulubionym tytułem była gra oparta na pierwszej części „Gwiezdnych Wojen” – najpierw trochę z braku laku, ale potem naprawdę mi się spodobała. Kolorowe przygody Obi-Wana i innych bohaterów były dużo lepsze, niż bullying w szkole, nauczyciele, którzy na bullying przyzwalali i jeszcze dodawali swoje; były też lepsze, niż alkoholizm ojca i ciągła samotność.
Po roku doczekałam się też stałego łącza, ale mimo to nigdy nie odważyłam się zagrać w jakąkolwiek grę multiplayer z obcymi, przypadkowymi ludźmi.
Mijał czas, różnie bywało z moją chorobą i nie przeczę, że zdarzyło mi się pisać na forach bzdury, wykłócać się z ludźmi i zachowywać „jak debil”. Długo się z tym gryzłam, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie prosiłam o tę chorobę, było jak było, teraz jest już inaczej i nie ma co wracać do lat liceum, które nikogo już nie obchodzą.

W wakacje 2005 roku zebrałam się na odwagę (tak, dosłownie, bo jakiekolwiek interakcje społeczne nie były wtedy moją mocną stroną) i postanowiłam dołączyć do dwóch forów poświęconych grze „Painkiller”. Na jednym nic się nie działo i rzadko ktokolwiek tam pisał, natomiast na drugim po raz pierwszy padłam ofiarą tego, co notorycznie spotyka grające kobiety. Otóż jakiś random zaczął mnie „podrywać” wulgarnymi odzywkami, a kiedy w odpowiedzi otrzymał kilka złośliwych słów – pod moim adresem posypały się prostackie wyzwiska. Przygoda z forum zakończyła się więc bardzo szybko.
Później bywałam na wielu innych forach, ale na żadnym nie spotkało mnie aż tak jawne chamstwo – pewnie dlatego tak dobrze zapamiętałam tę jedną sytuację.
Po co piszę tu o jakichś forach, które już od dawna nie istnieją i nikt o nich nie pamięta? Powód jest prosty – reakcje tamtejszych forumowiczów, mimo że było to kilkanaście lat temu, a fora już dawno wyszły z użytku, można przyrównać do ogólnego stosunku do grających kobiet, co jest aktualne także i dziś, choć oczywiście w nieco innej formie.

Reakcji zaobserwowałam kilka:
– ostentacyjne chamstwo
– pogarda typu „baba powinna siedzieć w kuchni/malować paznokcie, a nie grać”
– „zabawne żarty”, że tak naprawdę jestem facetem, który udaje kobietę
– nadskakiwanie i zachwyty
…i wreszcie, na samym końcu: – NORMALNE traktowanie

Dodam, że moja sytuacja jest o tyle łatwiejsza (?), że nie gram w gry multiplayer i większością z nich gardzę, zwłaszcza jeśli polegają na rywalizacji, a nie na współpracy. Po prostu mnie do tego nie ciągnie, bo z racji mojej choroby nie lubię interakcji z ludźmi, a na lekach psychiatrycznych mój tak zwany skill znacząco się obniżył.

Napisałabym, że nie wiem co jest gorsze – seksistowskie stare konie po trzydziestce (czyli – moi rówieśnicy), czy też osobnicy w młodszym wieku, ale za to będący incelami. Napisałabym, ale tak naprawdę – a przynajmniej według moich osobistych spostrzeżeń – takie czy inne zachowania są niezależne od wieku. Swoje doświadczenia opieram głównie na tym, co widzę na Facebooku i w innych mediach społecznościowych – a i tak nie jestem tam jakaś bardzo aktywna. Po prostu, jak pisałam, nie ciągnie mnie do żadnych społeczności, grup, klanów itd. Nie zostanę też streamerem ani youtuberem – zarówno mój skill w grach, jak i „social skill” są zbyt niskie. Mam dużo kompleksów, także na punkcie swojego głosu, za to niewiele pewności siebie… A po co dokładać sobie dodatkowych lęków i paranoi…? Tym samym, łatwiej jest mi się otaczać pozytywnymi ludźmi i unikać hejtów oraz złośliwości.

Na koniec chciałam wspomnieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy – o związkach. Tak, wszyscy znamy te głupkowate memy typu dziewczyna mówi: „dorośnij, albo ja, albo konsola”, chłopak rzuca jakiś durny tekst i wybiera konsolę, a „durna baba” siedzi obrażona. Poniekąd jest to śmieszne, ale kiedy zaczynają się pod tym pojawiać seksistowskie komentarze inceli lub sfrustrowanych mężów, powodów do śmiechu zaczyna brakować.
Nie wiem, może jestem niedostosowana, może jestem kosmitką, może nie rozumiem praw rządzących tym światem – ale po co wiązać się z kimś, kto krytykuje nasze pasje, nazywa je dziecinnymi i zabiera ten metaforyczny kabel od komputera? Czy nie lepiej mieć partnera, z którym te pasje można dzielić? Albo partnera, który – nawet jeśli nie interesuje się tym samym, co my – wspiera nas w naszym hobby? Żeby nie było, że jestem singielką, która nie wie jak wygląda życie i wysysa z palca jakieś głupoty – jestem w szczęśliwym związku. Z facetem, który na świat patrzy podobnie jak ja, który ma podobne doświadczenia życiowe i z którym dogaduję się na każdej płaszczyźnie. No i mój facet jest także graczem. :) Niestety nie gramy razem (z kilku powodów), ale to nasze wspólne hobby, możemy o nim pogadać i jedno nie będzie miało pretensji do drugiego, że „znowu te głupie gry”. Pewnie dlatego memy o złośliwych żonach (i analogicznie – mężach) mnie nie śmieszą. :)

A tak już last but not least – gry potrafią pomóc przy zaburzeniach psychicznych, tak przynajmniej było w moim przypadku. Stereotypowo grającą osobę z zaburzeniami psychicznymi wyobrażamy sobie jako kogoś, kto siedzi 20 godzin na dobę przed komputerem lub konsolą i tłucze w jakieś MMO, nie myje się, nie je, w ogóle nie wychodzi ze swojego pokoju i sika do butelki. Ewentualnie jako kogoś, kto nie potrafi odróżnić fikcji od rzeczywistości, w skrajnym przypadku popełniając jakieś przestępstwo „bo tak było w GTA”. Media oczywiście najchętniej podejmują właśnie te złe aspekty, jak choćby uzależnienia, a ja tymczasem napiszę o pozytywnych stronach grania kiedy „ma się problem”.
Kilkanaście lat temu grałam znacznie więcej, niż teraz. Nigdy jednak nie było w moim życiu sytuacji w rodzaju „nie idę do szkoły, bo muszę grać!”. Oczywiście, do szkoły chodziłam bardzo niechętnie i każdy pretekst był dobry, ale moja niechęć wynikała z zupełnie innych powodów, niż potrzeba ogrania jakiejś gierki. Nigdy nie miałam też problemu z dawkowaniem sobie czasu, choć bywały okresy, że mogłam grać ile tylko chciałam. Gry były po prostu moją odskocznią od problemów i bolesnej rzeczywistości – ale taką zdrową odskocznią.
Pod koniec gimnazjum i przez połowę liceum ratowały mnie gry z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Potem przybyło innych tytułów, które mnie wciągały i absorbowały moją uwagę – nigdy na tyle, żeby nie umieć się od tej przyjemności odgrodzić. Potrafiłam kilka- kilkanaście razy ogrywać różne gry singleplayer, za każdym razem znajdując w nich jakiś nowy aspekt. Zasada zawsze była ta sama. Mój umysł wsiąkał w dane uniwersum i efektem tego wsiąknięcia było coś kreatywnego i artystycznego. Czasem pisałam jakieś opowiadania, a znacznie częściej – rysowałam komiksy. Moja sztuka nie cieszyła się nigdy powodzeniem, ale to było wtedy najmniej ważne. Miałam frajdę z opowiadania własnych historii czy tworzenia parodii – przyznam, że chciałabym odzyskać choćby część tej dawnej radości… Dzięki rysowaniu poznałam mnóstwo fantastycznych osób – w tym mojego faceta i moją przyjaciółkę.
Przypominam też, że gry to nie tylko „bezmyślne łubu-du” czy inne „bieganie w kółko i strzelanie”. Jest mnóstwo gier z ciekawą fabułą i historią do odkrycia, a także różnego rodzaju gry logiczne, pozwalające rozruszać trochę skostniały od leków umysł. :)

Tak zatem – cieszmy się naszym hobby, nie dając sobie wmówić, że jest „głupie i dziecinne” i otaczajmy się pozytywnymi, przyjaznymi ludźmi, a trolli i tzw. rakowe społeczności omijajmy szerokim łukiem.

Jeden komentarz

  • wendigo

    Dla mnie podobną odskocznią były seriale – losy bohaterów przeżywałem bardziej niż własne, ale dzięki temu nie myślałem o własnej beznadziei :) było to odprężające i pozwoliło nie zwariować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *