varia

Schizofrenik pracuje – kilka refleksji

Czy schizofrenik może pracować? Oczywiście, że może! I o tym będzie dzisiejszy wpis.
BARDZO podpadłabym tym wpisem mojemu byłemu pracodawcy, ale cóż – mam prawo napisać, co leży mi na wątrobie. Nie będzie przecież nazwisk, adresów ani żadnej prywaty. Wbrew famie, pewne rzeczy nie są takie różowe, na jakie się je kreuje.

Mój staż pracy nie jest zbyt imponujący.
Moją pierwszą pracą był staż w firmie zajmującej się dystrybucją kalendarzy. Mimo, że mój stan był wtedy znacznie gorszy, niż obecnie – nie miałam orzeczenia o niepełnosprawności i pracowałam jako osoba – pozornie – zdrowa. Niestety, szybko przekonałam się, że trafiłam w sam środek śmierdzącego szamba. Firma ta była, po prostu, takim typowym korpo w miniaturce. Główny szef wszystkich szefów, ambitna pani kierowniczka działu sprzedaży, młode wilki skaczące sobie do gardeł za minimalną premię, a na samym dole drabiny – pracujący w suterenie „plebs”, zajmujący się klejeniem potrójnych kalendarzy ściennych i pracami magazynowymi.
Mimo, że moje stanowisko było jasno określone – pierwsze 1,5 miesiąca kiblowałam w tej zafajdanej suterenie. Magazynier, kompletny prostak i skończone chamidło, znęcał się nade mną jak tylko mógł. Wyzwiska, „subtelne” uwagi na temat mojego wyglądu, poniżanie mnie na rozmaite sposoby – to była norma i codzienność.
Niestety, w moim ówczesnym stanie byłam jak niedowidzące dziecko we mgle. Nie umiałam się przeciwstawić, w żaden sposób, bałam się też zrezygnować z tego stażu, bo przecież pierwsza praca, bo pieniądze, bo pretensje rodziny…
W biurze było lepiej, ale niewiele. Tu w kolei patrzono na mnie z politowaniem i drwiną, jak na głupka, który urwał się z choinki. Przynieś, podaj, pozamiataj… Długo byłam zła na siebie, że pozwoliłam się traktować jak ostatnie g…, a gdybym miała dowody, to spokojnie mogłabym oskarżyć dupka z magazynu o mobbing… Ale człowiek był młody, głupi i nie miał żadnej pomocy, ani porady, znikąd. Jak miał więc sobie radzić, skoro znał tylko jedną rolę – rolę ofiary?
Swoją pierwszą pracę przypłaciłam trwającą cztery lata traumą. Jedyny plus był taki, że w tamtym czasie udało mi się ukończyć studia licencjackie.

Moją drugą pracą również był staż – tym razem wzięłam udział w programie aktywizacyjnym dla niepełnosprawnych. Pracowałam przez pół roku w instytucji kultury – atmosfera była tam zupełnie inna, a ludzie reprezentowali jakiś poziom. Nikogo nie interesowało jaka literka widnieje na moim orzeczeniu i dlaczego. Jakkolwiek załamałam się, kiedy słuchałam anegdotek typu „pracował u nas kiedyś taki facet ze schizofrenią, i wie pani co?! On kradł pieniądze z portfeli i torebek!” – mówiący je oczywiście nie miał pojęcia, że też jestem chora na schizofrenię. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pewna plotkara, która zalazła mi za skórę. Po pierwsze, nie podobało mi się ogólnie jej zachowanie (ciągłe plotki i obgadywanie każdego, kto się nawinął), a po drugie – oskarżyła mnie o to, że… zjadłam jej kanapkę, którą zostawiła na stole. Do dziś nie wiem co artysta miał na myśli, ale podejrzewam, że ktoś chciał mi zrobić na złość – i się dupkowi udało. Nie rozumiem tylko, jaki był tego cel, bo jestem osobą, która nie wchodzi nikomu w drogę i nie prowokuje konfliktów – ale przekonałam się nieraz, że już sam mój wygląd jest dobrym powodem, żeby mnie zgnoić. Bo tak.
Staż skończyłam pełna lęków i paranoi.

Potem zaczęło się 1,5 roku bezrobocia. Sytuacja zaczęła robić się niewesoła – od rodziny słyszałam, że jestem pasożytem i leniem, co „dziwnym trafem” zamiast mnie motywować, tylko pogrążało mnie w bagnie. Dodatkowo frustrował mnie ciągły brak gotówki i proszenie się o głupie 20 zł, kiedy chciałam iść z koleżankami na kebsa… Urząd pracy skierował mnie do programu dla „ciężkich przypadków”. Poszłam na jakieś spotkanie informacyjne i zrobiłam oczy jak pięć złotych – była tam praktycznie sama patologia, alkoholicy lub po prostu osoby nie grzeszące ani obyciem, ani inteligencją, mające na bakier również z higieną osobistą. Przydzielono mi doradcę – kiedy mnie zobaczył, to z kolei on zrobił oczy jak pięć złotych. Bo co osoba młoda, inteligentna, po studiach i wiedząca do czego służą woda oraz mydło, robi w tej zbieraninie? No cóż, szybko się dowiedział.

– Czy jest pani osobą niepełnospr…
– Tak, jestem.
– Ale niech mnie pani posłucha. Czy jest pani osobą niepełnosprawną?
– TAK, jestem.
– To na co pani choruje?
– Na schizofrenię.
– . . . . . ale… bierze pani leki?

No i tak to mniej więcej wyglądało.
Pracy jak nie było, tak nie było, a ja za to byłam w coraz większym dołku.
Aż tu pewnego dnia przyszedł z pomocą przypadek. Telefon – lokalny Zakład Aktywności Zawodowej, szukają osób do jakiegoś tam programu i zapraszają na spotkanie w danym dniu. Pomyślałam – pójdę, co mi szkodzi… i dzięki temu znalazłam pracę w ZAZ.

Co to w ogóle jest ZAZ? To zakład pracy, w którym pracują osoby niepełnosprawne pod opieką instruktorów. Można się uczyć zawodu, aktywizować, są różne bonusy – w teorii wyglądało to jak bajka i tak też na początku się czułam.
Niestety, minęło trochę czasu i łuski spadły mi z oczu… Powiem tak: nie chcę być niesprawiedliwa. Chcę ocenić te kilka lat pracy w ZAZ obiektywnie.
Moim pierwszym bólem w tyłku była ówczesna kierowniczka produkcji. Osoba z pozoru bardzo przyjemna i pomocna… z pozoru. Szybko jednak okazało się, że lubi pokazywać kto tu rządzi i gnoić ludzi. A już najbardziej tych, którzy nie umieli się obronić – czyli niepełnosprawnych pracowników, zwłaszcza tych chorych psychicznie. Mnie też dostało się nie raz, i nie dwa. Chamskie docinki, „niewinne” żarciki, obrażanie pracowników przy klientach, gnojenie za to, że ktoś poszedł napić się wody – u pani kierowniczki był to standard. Znajoma psycholog powiedziała mi kiedyś, że babsko ma wyraźny rys psychopatyczny – niech to wystarczy za resztę komentarza.
Potem baba poszła na emeryturę i przez moment było spokojnie… Przez moment, bo zaraz doszły różne nowe niesnaski.

Muszę wspomnieć, że pracownicy ZAZ to a) niepełnosprawni b) instruktorzy c) zwykli pracownicy na pełnym etacie.
Napisałam, że chcę być sprawiedliwa. No to będzie po równo, wady i zalety – w każdym razie, postaram się. Zaczniemy od wad. Przy czym pamiętajcie, że nie w każdym ZAZie jest tak samo, bo to są różne zakłady podlegające pod różne instytucje, łączą je jedynie uwarunkowania prawne i określony statut.
Największą wadą był fakt, iż, cytując klasyka, „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. I tak niektórym wolno było siedzieć ciągle na L4 i brać urlop, kiedy tylko mieli ochotę – kiedy ja szłam na zwolnienie, albo potrzebowałam głupie dwa dni wolnego, zaraz było kręcenie nosem i uwagi typu „nie możesz umówić się do lekarza na inny termin?”. W końcu moje zwolnienia zaczęły się przedłużać, ale o tym dalej… Na pożegnanie zakładowa pani psycholog powiedziała mi, że „to działa deprawująco na innych”, gdy jakiś pracownik jest stale na zwolnieniu – żałuję, że nie zapytałam jej złośliwie o przypadek pewnej osoby, która formalnie była zatrudniona, a praktycznie w ciągu kilku lat widziałam ją w pracy dwa razy. Ale co wolno wojewodzie…
Pracownicy zresztą byli traktowani nierówno nie tylko w kwestii zwolnień i urlopów – jeśli byłeś lubiany przez „zdrowych” pracowników – było fajnie. Jeśli jednak nie byłeś – cóż, miałeś jakby bardziej pod górkę… Dodam, że te nielubiane osoby były osobami z większym potencjałem intelektualnym i mające odwagę mówić o tym, co im się nie podoba.
Taki przykład – przyszła razu pewnego do pracy kobieta, trochę starsza ode mnie, bardzo inteligentna, kreatywna, ale też – bardzo chora. Na początku była zachwycona ZAZem, ale że lubiła mieć swoje zdanie, swoje zasady i nie zwykła udawać, że pada deszcz kiedy na nią plują – nie spodobała się „zdrowej” obsłudze. Zaczęły się konflikty. Do dziś pamiętam, jak dowaliła jednej z instruktorek: „ten zakład jest jak amerykańskie liceum. Są wielkie szkolne gwiazdy, sportsmeni, cherleaderki, kujony… i biedni frajerzy, z którymi nikt nie chce siedzieć na stołówce. To właśnie my, niepełnosprawni”. Nie było to do końca fair, ale niestety – pod pewnymi względami miała rację…
Niestety, nie skończyło się to dobrze – koleżanka dostała psychozy i zwolnili ją z pracy, bo po prostu przestała do niej przychodzić, a nie zamierzała odwiedzić lekarza.

Czym jeszcze objawiało się nierówne traktowanie – tym, że można było dostać ochrzan za byle bzdurę. Bo przecież „zdrowi” pracownicy nie popełnili żadnego błędu. Nigdy. Czemu piszę w ten sposób – „zdrowi”? Bo podział był bardzo mocno zarysowany.
Nieraz byłam bliska płaczu – najbardziej wtedy, gdy internetowy kolega „po fachu” bronił doktorat, a ja dostałam kolejny opieprz, że zbyt wolno i źle pracuję (a tego dnia wykonywałam pracę, której szczerze nienawidziłam, bo mi kompletnie nie szła i musiałam bardzo się na niej skupiać)… To wydarzenie zaczęło przelewać czarę goryczy – miałam już dość traktowania mnie jak nieudacznika i nieroba tylko dlatego, że miałam gorsze dni albo że nie potrafię zrobić czegoś „tak banalnego”. Ponadto, zaczęło przybywać pracy i było jej – przynajmniej w mojej opinii – trochę za dużo w stosunku do zarobków. Zdarzało się, że pracowaliśmy godzinę za darmo – to była godzina przeznaczona na tzw. rehabilitację. Zaczęłam mieć wrażenie, że pracuję w chińskiej fabryce, a nie zakładzie dla niepełnosprawnych…
Wcześniej naprawdę się starałam – ale nikt tego nie dostrzegał, za to chętnie mnie besztano, więc cóż – „jak Kuba Bogu…”. Doszły mi nowe problemy zdrowotne i ostatnie miesiące mojej umowy spędziłam na L4 – tym razem już z premedytacją.
Powiem wprost: żadna osoba niepełnosprawna posiadająca zarówno inteligencję, jak i godność, nie wytrzymywała tam długo. Ale to dzięki ZAZ zrozumiałam, jak nie chcę żyć i w jakich warunkach nie chcę pracować, co z kolei zaowocowało powrotem na studia magisterskie.

Ale żeby nie było, że piszę tylko o wadach. ZAZ jest ogólnie dobrą sprawą i nie neguję tego – to właśnie ZAZ może pomóc niepełnosprawnym ludziom bez doświadczenia zawodowego odbić się i wejść na rynek pracy. Może pomóc też osobom po kryzysach, które chciałyby wrócić do normalności.
Ponadto, praca ma niewątpliwe walory terapeutyczne. Porządkuje dzień, zmusza do aktywności i wyjścia ze strefy komfortu, a do tego jeszcze można coś zarobić. Poza tym, wiem to z własnego doświadczenia, kiedy człowiek zajmuje się czymś sensownym, nie ma wtedy czasu ani ochoty na bzdury. Takie bzdury, jak na przykład szukanie teorii spiskowych w internecie, albo bycie delikatnym płateczkiem śniegu, który szuka piątego dna w każdym wpisie na Twitterze.
Praca w ZAZ to też różne profity. I to dosłownie – można było dostać zwrot za leki czy dentystę. Były też różne kursy, projekty itp. Najbardziej w pamięć zapadła mi możliwość pojechania do dentysty na Słowacji – niestety wspominam to bardzo negatywnie – dlatego, że do zwykłego borowania kazali przyjąć środek znieczulający w postaci „głupiego jasia”. Kazali, a jeśli się nie zgodziłeś – nie wykonali zabiegu. Tak, jestem niebezpiecznym szaleńcem, którego trzeba uśpić, żeby mu zajrzeć do gęby – jak dziką, głupią i agresywną małpę, nie przymierzając. Przestrzegam Was przed tego typu wyjazdami i „usługami”.
Projektów aktywizacyjnych było więcej – mniej bądź bardziej udanych.
Ale miałam pisać o zaletach. Ok. Zaletą były też bony na święta – konkretne, za konkretną wartość i nie takie, że można było za to kupić tylko określone produkty. Były to bony na calutki asortyment pewnego dużego i znanego hipermarketu.
Plusem jest także i to, że w ZAZ nie musisz ukrywać swojej choroby i teoretycznie zawsze możesz powiedzieć, że dziś czujesz się źle i chciałbyś dostać jakieś spokojniejsze zajęcie. Możesz też dostać dzień wolny na wizytę u specjalisty – ale tylko tego, który zajmuje się schorzeniem z twojego orzeczenia.

…ale każdy medal ma dwie strony. Praca na otwartym rynku to także ciężki kawałek chleba; powiedziałabym, że dużo cięższy, niż niesnaski w ZAZ. Bo to skok na głęboką wodę i jeśli nie umiesz dobrze pływać, utopisz się, tak jak ja za pierwszym razem w firmie z kalendarzami.
Pozwólcie jednak, że otwartemu rynkowi poświęcę osobny wpis. :)

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *