varia

Schizofrenik pracuje… na otwartym rynku

W notce Schizofrenik pracuje – kilka refleksji pisałam o moich doświadczeniach związanych z pracą w Zakładzie Aktywności Zawodowej i pracą ogólnie. Jednak tak się składa, że mam doświadczenia również z pracą na otwartym rynku i właśnie temu zagadnieniu zamierzam poświęcić dzisiejszy wpis.

Kiedy w 2009 roku skończyłam, pożal się Boże, szkołę policealną, NAPRAWDĘ i bardzo chciałam iść do pracy. Piszę o tej szkole w sposób pejoratywny dlatego, że jej poziom był wyjątkowo niski i była to bardziej parodia, niż edukacja. Poza tym byłam zmęczona nauką – nawet na tak niskim poziomie – i wykonywaniem rozmaitych projektów artystycznych, bo kompletnie mi to nie szło. Całości dopełniała grupa, której nie lubiłam i w której byłam, oczywiście, outsiderem i dziwadłem.
Dodam, że nie miałam wtedy orzeczenia o niepełnosprawności.
Myślałam, że szukanie pracy to tzw. bułka z masłem, a i samo pracowanie jest z pewnością lepsze, niż nauka. Nie muszę mówić, że rzeczywistość szybko zweryfikowała moje poglądy. Wszyscy dookoła radzili mi szukać stażu na własną rękę, bo to właśnie staż wydawał się wtedy najlepszym rozwiązaniem. Obdzwoniłam kilka lokalnych firm poligraficznych – „nie, nikogo nie szukamy”, „a po jakiej pani jest szkole? a, to tak jak wszyscy” i tak dalej. Ale w końcu zaprosili mnie na rozmowę do jednej z tych firm, facet powiedział, żebym przygotowała jakieś swoje prace (portfolio to może zbyt szumna nazwa). Przyszłam, pokazałam i cóż… moje rysunki z 2009 roku nie były widocznie tym, czego oczekiwał właściciel profesjonalnego studia graficznego.
Wszędzie odsyłano mnie z kwitkiem, aż tu w sukurs przyszedł mój były kolega. Dlaczego były – po prostu, rok później, po rozstaniu z narzeczoną i przejściu zapaści, zerwał kontakt, może z grupą znajomych, a może tylko ze mną… Jestem zdania, że tak się nie robi, bo nawet nie znałam tej jego narzeczonej i nie miałam nic wspólnego z całą sprawą. Ale „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Do dziś czuję coś w rodzaju smutku pomieszanego z niesmakiem, mimo że minęło 12 lat i powinnam mieć to w głębokim poważaniu.
Wracając jednak do tematu – ów były kolega dał mi cynk, że w stolicy województwa jest nieduża firma, zajmująca się dystrybucją kalendarzy „i może tam”. Przepraszał mnie potem, że to niby on wpakował mnie w to śmierdzące szambo, ale o to akurat nie mam i nigdy nie miałam do niego żalu.
Nie chcę znów wracać do fatalnych przeżyć z tej gównianej mini-korporacji, ale chcę zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Na „rozmowie kwalifikacyjnej” popełniłam wszystkie możliwe błędy, jakie tylko może popełnić nowicjusz. Poczytać coś o firmie? A po co, lepiej spożytkować ten czas na granie! Zaplanować sobie trasę do firmy? A po co, przecież się nie zgubię, nieważne że jest rok 2009 i nie ma jeszcze smartfonów z GPSem. Zapisać, co powinnam powiedzieć, o co zapytać, przemyśleć o co może zapytać przyjmująca mnie osoba? A po co, lepiej iść na żywioł! No i wyszło co wyszło: nie bardzo wiedziałam, czym zajmuje się ta firma, spóźniłam się 15 minut bo się zgubiłam i ogólnie wyszłam na kompletnego cielaka, który nie wie co się dookoła dzieje. …i tak też zostałam potraktowana.
Jak wspominałam, ów trwający trzy miesiąca staż przypłaciłam traumą, która z kolei trwała cztery… lata.

Bezrobocie wiąże się z bardzo negatywnymi myślami na swój własny temat, tak jakby moja samoocena nie oscylowała – zwłaszcza wtedy – na poziomie zamulonego i zaśmieconego dnia. Rodzina nie pomagała – ciągłe aluzje, przytyki, często kończące się awanturami. Czułam się zdołowana, bezsilna – jakbym znowu była tym zaszczutym dzieckiem, próbującym przemknąć chyłkiem przez szkolny korytarz, tak żeby nikt go przypadkiem nie popchnął albo nie opluł. Nie mogłam uwolnić się od roli ofiary, bo po prostu nie znałam żadnej innej.
Trzy lata spędziłam na studiach licencjackich – niestety zaocznych, więc ciągle słyszałam, że „powinnam sobie poszukać jakiejś pracy!”. Nieważne, że brałam wtedy wysokie dawki Olzapinu i te weekendy spędzane na uczelni (nieraz dosłownie od świtu do nocy) strasznie mnie wyczerpywały. Również nieważnym było to, że psychicznie czułam się jak ostatni śmieć i po prostu bałam się iść do pracy, bo wiedziałam, że znowu będę tam poniżana i mobbingowana.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Tuż po ukończeniu studiów zapisałam się w urzędzie pracy do programy aktywizacyjnego dla niepełnosprawnych. Każdemu z uczestników przysługiwał tzw. trener pracy, a były to osoby pracujące w ZAZ. Jaka była rola tegoż trenera pracy – pomagał w pisaniu CV, w ogarnięciu szeroko pojętych spraw, no i w samym szukaniu pracy, co niestety w praktyce wyszło słabo. W czym tkwił problem? Ano w tym, że taki trener pracy ochoczo informował potencjalnego pracodawcę, że ma do czynienia z osobą niepełnosprawną. I także o powodzie tej niepełnosprawności, mimo że mówiłam wyraźnie, iż sobie tego nie życzę (czasy przed RODO…). W efekcie w jednym miejscu potraktowano mnie jak kretyna, który jest zbyt głupi, żeby odebrać telefon (odpowiedzialna za rekrutację osoba zadzwoniła do trenera pracy, nie do mnie, i powiedziała mu, że osób z chorobami psychicznymi tutaj nie chcą), a w drugim patrzono na mnie jak na osobę upośledzoną umysłowo. Niestety, przy poziomie wiedzy szarego Kowalskiego na temat zaburzeń psychicznych nie jest to dziwne, że człowiek ze schizofrenią postrzegany jest jako psychopata albo kompletny półgłówek…
Staż „z projektu” załatwiłam sobie sama.
…ale pracę podjęłam dopiero po ukończeniu studiów, zmianie psychiatry i rozprawieniu się z objawami nerwicowymi. Jak napisałam w poprzednim wpisie dotyczącym pracy, trafiłam do miejsca, gdzie pracowali ludzie kulturalni i reprezentujący jakiś poziom. Nikt nikogo nie wyzywał, ale uświadomiłam sobie, że bullying i mobbing to nie tylko wyzwiska i „jawne” chamstwo – i że bully-intelektualista może dać w kość dużo mocniej i boleśniej, niż rzucający kur**mi prostak.
W każdym miejscu, do którego trafię czuję się jak niedopasowany odmieniec, po prostu. Zaczęły się więc moje stałe problemy – cały czas miałam wrażenie, że jestem obgadywana i wyśmiewana. I na pewno byłam, bo w pracy jest to przecież standard, tylko po prostu widziałam na każdym kroku jak bardzo różnię się od ludzi nazywanych „normalnymi”. Po sześciu miesiącach miałam już potąd, może nie tyle miejsca, co moich jazd, więc z ulgą zakończyłam staż.
Dalszą część historii, czyli pracę w ZAZ, znacie.

Chciałabym teraz jakoś podsumować tą całą opisaną wyżej historię, a także przestrzec was przed moimi błędami, jakie popełniłam na otwartym rynku pracy.

To, czy zdecydujesz się pokazać pracodawcy swoje orzeczenie, czy też wolisz schować je do szuflady, to wyłącznie Twoja decyzja. Cokolwiek by się jednak nie działo, nie mów, że masz schizofrenię. Powtarzam zawsze, że powiedzieć pracodawcy „mam schizofrenię” to mniej więcej tak samo, jak powiedzieć „siedziałam 25 lat w więzieniu”. Pamiętaj też, że pracodawca nie ma żadnego prawa pytać o Twoją diagnozę. A jeśli już wścibia nos w nieswoje sprawy, można podać „bezpieczniejsze” schorzenie – depresję lub nerwicę. Najlepiej jednak odpowiedzieć (choć pytanie nie powinno w ogóle paść) coś w rodzaju „moja choroba nie wpływa w żadnym stopniu na moją zdolność i gotowość do pracy”.
Dzięki orzeczeniu o niepełnosprawności pracujesz siedem godzin zamiast ośmiu, a Twój czas pracy w całym tygodniu nie może przekraczać trzydziestu pięciu godzin.

Przed złożeniem/wysłaniem papierów zaznajom się DOKŁADNIE z działalnością upatrzonej firmy czy placówki, dowiedz się jak najwięcej o stanowisku, na które chciałbyś aplikować, poczytaj też opinie o pracodawcy (choć te, wiadomo, mogą być różne i mniej lub bardziej zgodne z prawdą). To bardzo ważne – unikniesz nie tylko tak zwanego przypału, ale też różnych innych nieprzyjemności. O innych procedurach, typu przygotowanie CV czy przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej nie będę tu może pisać, bo to nie poradnik rodem z PUP, ale dodam tylko, że warto mieć porządek w dokumentach i jakąś porządną teczkę, a nie pogniecione papióry wepchnięte do reklamówki. ;)

Oczywiście, bywają sytuacje, że człowiek po prostu MUSI pracować, bo grozi mu komornik czy eksmisja, a nie ma znikąd pomocy, ale – jeśli nie masz noża na gardle i w jakiejś pracy czujesz się po prostu źle (choćby z powodu „niewinnych dokuczanek” współpracowników albo złego nastawienia przełożonego) – pamiętaj, że zawsze możesz zrezygnować. Wiem, że to brzmi źle, ale wierzcie – dla schizofrenika toksyczne środowisko i ciągły stres to prosta droga do pogorszenia stanu zdrowia i do kłopotów. Także nie udawaj, że pada deszcz gdy na Ciebie plują, bo Twoje zdrowie i dobre samopoczucie jest ważniejsze, niż wypłata. Zdrowia nie kupisz za żadne pieniądze.
…i właśnie z tego powodu wielu schizofreników albo w ogóle nie pracuje, albo pracuje w ZAZ. Nie neguję ani nie kwestionuję tego w jakikolwiek sposób – mój przypadek jest na tyle lekki, że mogę pracować na otwartym rynku pracy, do tego mając wyższe wykształcenie, ale zdaję sobie sprawę, że nasza choroba bywa naprawdę podła i czasem nawet wyjście po bułki do sklepu może być problemem (zwłaszcza, jeśli obok schizofrenii występuje na przykład alogia).

Czasem faktycznie warto zacząć od ZAZ – to takie trochę „przedszkole”. Człowiek w tak zwanych bezpiecznych warunkach uczy się pewnej dyscypliny i pewnych umiejętności, ćwiczy relacje międzyludzkie, może nauczyć się asertywności i pewności siebie – a te umiejętności są niezbędne w pracy na otwartym rynku. Co do mnie – ze względu na moje wykształcenie, zainteresowania, a także osobowość, interesują mnie głównie instytucje kultury, im mniejsze, tym lepsze. Są to – z reguły – spokojne miejsca, w których nie pracują karierowicze. Kasa w hipermarkecie, magazyn, budowa czy korporacja z całą pewnością nie są miejscami przyjaznymi schizofrenikom – chodzi o stres, wysiłek fizyczny i stresującą, a często także i nieprzyjemną, atmosferę.

Jak wspominałam, jestem zdania, że – jeśli tylko mamy możliwości – znacznie lepiej pracować, niż być na rencie. Praca to terapia. Porządkuje dzień, zmusza do przezwyciężania słabości, uczy pokonywania lęków. No i każda aktywność jest lepsza, niż czytanie o, na przykład, teoriach spiskowych w internecie i pogrążanie się całymi dniami w psychotycznych oparach. O korzyściach materialnych nie wspomnę. ;)
Musimy tylko czuć się na siłach. Tylko i aż.

2 komentarze

  • wendigo

    „a i samo pracowanie jest z pewnością lepsze, niż nauka” – bo z pewnością jest :P Nawet jak mi się bardzo nie chce, to myślę sobie że jakbym chodził jeszcze do szkoły, to nie dość, że musiałbym tam znoscić o wiele bardziej stresujące chwile, to jeszcze zadaliby coś do domu, a tak wychodzę z pracy i nic mnie nie obchodzi ;)

    • Kluskova

      Powiem tak: nie ma porównania między liceum/gównoszkołą policealną a uniwersytetem, zwłaszcza jak masz 35 lat. ;) Piszę o wieku dlatego, że w moim przypadku udało mi się ze studiów wyciągnąć dużo więcej, niż gdybym była 19-letnią gówniarą. A zaczęłam się uczyć dopiero na licenciacie i dopiero wtedy znalazłam w tym jakąś przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *