psychologia,  psychoterapia,  to ja,  varia

Survival w komunikacji miejskiej

Ten tytuł nie jest formą żartu, a notka wbrew pozorom dotyczy realnego problemu – dla większości osób ze schizofrenią i innymi zaburzeniami psychicznymi podróże komunikacją miejską to w istocie szkoła przetrwania, czyli survival.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto nie choruje może uznać ten wpis za coś niedorzecznego – no bo jak to, bać się podróży autobusem i dorabiać sobie do tego TAKĄ „ideologię”? Ale jak to się mówi, syty głodnego… Podróż komunikacją miejską to dla człowieka z „efką” często naprawdę wyzwanie na miarę wyprawy na Mount Everest. Tzw. zdrowy człowiek nie musi tego rozumieć, ale niech chociaż nie potępia ani nie wyśmiewa.

Ludzie, którzy zachowują się głośno, wulgarnie, „dziwnie” (cokolwiek to znaczy), ludzie W OGÓLE – to już wystarczy… Do tego lęk przed kontrolą biletów – nawet jeśli je mamy, lęk przed przegapieniem przystanku, przed różnymi nieprzewidzianymi sytuacjami i jeszcze przed mnóstwem innych rzeczy.
Jakie są moje doświadczenia z komunikacją miejską? Na szczęście nigdy nie spotkało mnie tam nic naprawdę złego czy traumatycznego, ale oczywiście, każde wejście do autobusu czy tramwaju było okupione ogromnym stresem i zresztą do dziś tak jest, mimo że z transportu publicznego korzystam teraz już sporadycznie. Dojeżdżałam i do szkół, i na dzienny, i do pracy, więc temat jak najbardziej nie jest mi obcy. Tym samym, żeby jakoś dać sobie radę, musiałam opracować pewne reguły i zachowania – tak, jak w szkole przetrwania… Opowiem Wam o nich mając nadzieję, że może ktoś dzięki nim przełamie swój strach czy, po prostu, poczuje się lepiej.

Żeby w ogóle wsiąść do autobusu/tramwaju, niezbędne jest udanie się na przystanek. I już to bywa przerażające. Dla mnie było przerażające dlatego, że wiązało się to z szeroko pojętym kontaktem z ludźmi – nawet nie bezpośrednim, po prostu z samym faktem, że dookoła jest sporo ludzi. A ludzie mogą, na przykład, spojrzeć w naszą stronę, lub, co gorsza – nieopodal może stać roześmiana, hałaśliwa grupka małolatów. Jedno i drugie potrafi(ło) wzbudzić mój ogromny niepokój. Ktoś się „na mnie” gapi, czyli ocenia mnie – oczywiście negatywnie – a jeśli do tego doszły jakieś psychotyczne popłuczyny, to już w ogóle mogło się zrobić nieprzyjemnie. Po prostu, czasem zdarza się tak, iż mam wrażenie, że każdy wywala na mnie gały i wyśmiewa się ze mnie, a dawniej „potrafiłam” jeszcze odczytywać myśli tych osób, więc to już w ogóle była jazda bez trzymanki.
Co się tyczy małolatów – tu sytuacja jest podobna. Jeśli przez całą podstawówkę i gimnazjum było się ofiarą takich smarkaczy, to nic dziwnego, że nogi same się uginają… mimo, że ja mam teraz ponad 30 lat, a to są po prostu dzieciaki. Wszystko jednak może się zmienić, kiedy małolaty są trochę starsze niż typowe uczniaki, mają stereotypowe łyse łby, a na sobie tak zwaną odzież sportową… Wtedy istnieje realne zagrożenie, ale można też realnie się przed nim obronić. Jak? To proste: oddalasz się od podejrzanych typków najdalej jak możesz, odwracasz do nich bokiem, ale bardziej plecami niż przodem, i w żadnym razie nie nawiązujesz kontaktu wzrokowego.
A w przypadku ludzi, którzy po prostu się gapią albo śmieją we własnym gronie – próbuj to racjonalizować. Ktoś na Ciebie spojrzał – ok, Ty przecież też patrzysz na ludzi, ot tak, mimochodem i nie ma w tym żadnej większej filozofii. A co do śmieszków… Opowiem o sytuacji, która dobrze to ilustruje, chociaż nie miała nic wspólnego z komunikacją miejską. Dobrych parę lat temu byłam z mamą nad morzem. Poszłyśmy do pizzerii i czekałyśmy na nasze zamówienie. Źle się czułam i miałam wrażenie, że ludzie siedzący przy stoliku za nami cały czas rozmawiają o mnie. Słyszałam jakieś strzępy słów, skróty myślowe i byłam przekonana, że rozmowa dotyczy mnie i że po chamsku mnie wyśmiewają, coś knując. Potem powiedziałam o wszystkim mamie, a ona popatrzyła na mnie zdziwiona i odpowiedziała: „przecież oni rozmawiali o remoncie łazienki”. Musimy być świadomi, że chorujemy na co chorujemy i nasze mózgi lubią płatać nam figle.
Możesz być pewny, że zdecydowanej większości ludzi na przystanku po prostu, najzwyczajniej w świecie, nic nie obchodzisz i nie jesteś obiektem ich zainteresowania. A jeśli czyjeś zachowanie wzbudza rzeczywistą obawę – robisz to, o czym napisałam wyżej.
Warto też, jeśli to oczywiście możliwe, przychodzić na przystanek o odpowiedniej porze – żeby się nie spóźnić, ale też żeby nie trzeba było czekać tam 30 minut.

Przy wejściu do autobusu/tramwaju unikam przepychania się – korona mi z głowy nie spadnie, jeśli nie wsiądę pierwsza, a i kultura wymaga, aby przepuścić starszych ludzi. Pomijając fakt, że przepychanie się jest po prostu stresujące i może sprowokować interakcję z ludźmi. Nieprzyjemną interakcję.
Rzeczą, która przyprawiała mnie nieomalże o atak paniki, było kasowanie biletów/przykładanie karty… Bo kierowca mógł szarpnąć – i lecisz do przodu, wzbudzając niepotrzebne zainteresowanie, a jak jeszcze na kogoś wpadniesz… Bo przy kasowniku może być tłok. Bo bilet mógł się pognieść i nie będzie się dało go normalnie skasować. Rozwiązanie tego problemu przyniosła mi pandemia – to aplikacja na telefon, służąca do kupowania biletów. Zasilasz ją pożądaną kwotą, kilka razy pacasz w ekran i masz bilet. Bez stresów i narażania się na kontakt z ludźmi.

Załóżmy, że udało Ci się usiąść. Więc pewnie znasz to poczucie winy, że zaraz zaczną obserwować cię wszystkie babcie i jakieś inne osoby – jak TY, młoda (?) osoba, śmiesz usiąść! No i siedzisz jak na szpilkach, wypatrując zagrożenia… Odpowiednie rozwiązanie istnieje także i w tym wypadku. Jeśli tylko masz możliwość, kieruj się na pojedyncze siedzenia z przodu autobusu, w pojazdach niskopodłogowych – siedzenia na podwyższeniach. Daje to pewne ogólne poczucie bezpieczeństwa (siedzisz blisko kierowcy), a na siedzenie na podwyższeniu nie wgramoli się żaden staruszek ani osoba z większą nadwagą. Idealnym rozwiązaniem (dla mnie) są siedzenia tuż przy ściance oddzielającej kierującego od pasażerów, najlepiej odwrócone tyłem do środka pojazdu – pomoże Ci to nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, a jeśli masz na uszach słuchawki – możesz się „odizolować” i w spokoju odbyć swoją przejażdżkę. Jeśli jednak widzisz zagubioną babcię o kulach – nic się nie stanie, jeśli ustąpisz jej miejsca.
Trzymaj się natomiast względnie daleko od środka autobusu, czyli miejsca dla niepełnosprawnych pasażerów na wózkach. Bo o ile pasażerów na wózkach widywałam rzadko, tak tę część pojazdu często okupują inne wózki – z dzieciakami, a obok stoją właścicielki przychówku. Często dość bojowo nastawione do całego otoczenia i w sporej ilości. Pomijając już fakt, że wózki dziecięce stanowią często barykadę nie do pokonania… a to generuje jeszcze więcej stresu.

Wspomniałam o słuchawkach – dla mnie to podstawowy element ekwipunku, niezbędny do przetrwania podróży komunikacją miejską. Nie mam wprawdzie mizofonii, ale hałasy nie działają na mnie dobrze. Zresztą, kto lubi słuchać wrzasków i pisków wydawanych przez dzieciory, albo słuchać czyjejś rozmowy telefonicznej, bluzgów lub znosić niezbyt wyszukane gusta muzyczne nastolatków, którzy mają palącą potrzebę podzielenia się gównianymi rapsami z całym autobusem? No właśnie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że część tych porad jest względna – są zarówno różne sytuacje, jak i różne typy pojazdów i nie zawsze będzie możliwe zastosować się do wskazówek niezbędnych do przetrwania… Jednak, bez względu na te okoliczności, jedna rzecz frapuje i gryzie niezmiennie – wysiąść na właściwym przystanku! Niektórzy schizofrenicy mają problemy z pamięcią i kojarzeniem, a czasami po prostu jedzie się w nowe, obce miejsce. W obydwóch przypadkach z pomocą może nam przyjść technologia, konkretnie smartfon. Przed podróżą sprawdź listę przystanków i oblicz, na którym masz wysiąść. Możesz też wydrukować/wypisać sobie tę listę i sprawdzać ją podczas jazdy. Wiele pojazdów zresztą informuje, czy to wyświetlając, czy to „gadając”, jaki będzie następny przystanek. Warto też korzystać z GPSu czy portali typu „Jak dojadę”.
Kolejną rzeczą, która może przerażać, jest lęk przed zgubieniem dokumentów, portfela czy też torby lub plecaka. Jak sobie z tym poradzić? Na pewno nie nosząc ze sobą reklamówkę lub kilka małych toreb czy plecaczków. Zainwestuj w jedną, konkretną torbę czy plecak, który będzie spełniać wszystkie Twoje oczekiwania, a już najlepiej, jeśli będzie mieć wewnętrzne kieszenie – wtedy twój portfel będzie bezpieczny, a Ty w razie obawy łatwo sprawdzisz, czy na pewno znajduje się on na swoim miejscu.

Chciałam wspomnieć jeszcze o pociągach, zwłaszcza dalekobieżnych, ale po namyśle stwierdziłam, że tego nie zrobię… z prostego powodu. O ile komunikacja miejska budzi we mnie lęk i niespecjalnie lubię z niej korzystać, tak pociągami zwyczajnie lubię jeździć i nie mam przed tym oporów, mimo, że byłam – zwłaszcza podróżując na studia – świadkiem różnych dziwnych i problematycznych sytuacji. Dotyczy to zarówno krótkich tras, jak i pociągów dalekobieżnych. Zdarzało mi się jechać samotnie w nocy, ale każda podróż mijała spokojnie – może między innymi ze względu na to, że zawsze zachowuję rozsądek i pamiętam o podstawowych zasadach bezpieczeństwa.
…a na sam koniec opowiem jeszcze o tym, jak wybrnęłam z trudnej sytuacji. Jechałam na wakacje – choć może to zbyt szumne określenie… jechałam na weekend do pewnego miasta, które dobrze znam i byłam przekonana, że nic mnie nie zaskoczy, zwłaszcza, że jeżdżę tam od wielu lat. Niestety, dosłownie kilka kilometrów od dworca coś się zepsuło, blokując tor. Pociąg stał, stał i stał, aż w końcu konduktorzy oświadczyli, że sytuacja jest beznadziejna i żeby ludzie wysiedli z pociągu. Łatwo było powiedzieć – wysiedli, bo skakanie na stromy nasyp kolejowy nie jest ani proste, ani przyjemne. Wykaraskałam się jednak ze składu, przeszłam za innymi pasażerami przez jakieś krzaki i znalazłam się przy jezdni. Miałam spory bagaż, byłam sama i kompletnie nie znałam tej okolicy. Rozwiązanie okazało się proste – aplikacja Uber. Nie jestem fanką tej aplikacji – po pierwsze wolę dać zarobić taksówkarzowi z prawdziwego zdarzenia (nawet jeśli kosztuje to więcej), a po drugie, wiadomo, z różnych względów jest to nieco mniej bezpieczna przejażdżka, niż z taksówkarzem z licencją, z korporacji. Jednak w takich sytuacjach jak ta, w której się wtedy znalazłam, aplikacja Uber może być zbawienna. Przyjechał kierowca, zawiózł mnie do kwatery i na tym skończyła się moja przygoda.

…pozostaje mi życzyć Wam bezpiecznej podróży, obojętnie czy jedziecie pociągiem z Zakopanego do Szczecina, czy też macie do pokonania trzy przystanki autobusem miejskim. Spokój i podstawowe zasady bezpieczeństwa – zawsze o nich pamiętajcie. :)
Do następnego!

Jeden komentarz

  • wendigo

    Osoby z fobią społeczną też mają takie lęki :P
    I to prawda, że technologia potrafi bardzo pomóc :) bez nawigacji nie odbyłbym większości swoich podróży…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ