to ja,  varia

Oh, Christmas lights keep shining on

Jak nietrudno zgadnąć, ten wpis będzie o świętach. Ot tak, ogólnikowo – chciałam po prostu podzielić się kilkoma refleksjami, które siedzą mi w głowie.

Na samym początku opowiem, jaki jest mój stosunek do religii, ze szczególnym uwzględnieniem katolicyzmu. Jestem agnostykiem, z przewagą na ateizm. Nie jest to wynik mody czy buntu – miałam swoje, dość konkretne choć poniekąd związane z chorobą powody, by odrzucić katolicyzm i wiarę w Boga. Piszę katolicyzm, a nie na przykład islam, z dość prostej przyczyny – urodziłam się pod konkretną szerokością geograficzną, pod którą akurat jest najwięcej wyznawców katolicyzmu właśnie. Dodam, że kiedyś byłam wierząca i praktykująca – może któregoś razu poświęcę temu osobny wpis, zobaczymy.
Co więc świętuję, skoro jestem niewierząca, „święty” Mikołaj to dla mnie tylko postać fikcyjna stworzona na potrzeby koncernu Coca-Cola i w ogóle nie przywiązuję wagi do duchowego wymiaru, tradycji i tak dalej…?
Od razu napiszę, że jeśli cokolwiek Cię tu urazi/ło – nie przepraszam, bo nikogo nie wyzywam ani nie biję, a jestem już za stara na to, żeby przejmować się osądami obcych ludzi. :)

Po prostu – te świąteczne dni są dla mnie okazją do odpoczynku, porobienia różnych rzeczy, zjedzenia czegoś dobrego – ot, do takiego jakby hedonizmu. :) Uważam, że każda okazja do tego, by zadbać o siebie i swój dobry nastrój, jest sprzyjająca…
…chociaż z tym dobrym nastrojem bywało różnie.
To będą pierwsze święta bez ojca. Kto ma w rodzinie, zwłaszcza tej najbliższej, alkoholika, ten wie jakie mogą być święta z osobą uzależnioną. I owszem, ojciec był głównym czynnikiem wywołującym stres, łzy i nieprzyjemności, nawet jeśli się nie upijał. Po prostu wprowadzał taką atmosferę, że parę lat temu byłam na przykład gotowa spakować walizkę i pojechać do przyjaciółki do Warszawy. I taki był na trzeźwo, a zdarzały się i takie święta, że się upijał… Tak czy inaczej, świętom zawsze towarzyszył STRES. Jeśli nie było alkoholu, to zawsze były kłótnie ojca z matką o wszystko o co tylko można było się pokłócić, chamskie odzywki, a mnie, nie chcącej brać udziału w „świątecznym pierdolcu”, obrywało się, że „nic tylko siedzę przed tym komputerem i palcem nie kiwnę”.
Wyjątkiem były święta zeszłoroczne. Ojciec był wyjątkowo spokojny i wyluzowany i, nie licząc afery jaką zrobiła mama o jakieś totalne głupstwo, wszystko było w porządku.
A teraz go nie ma. Po prostu… Minęło prawie pół roku, a ja ciągle jeszcze nie do końca umiem się z tym pogodzić. Czasem jeszcze śni mi się ojciec, że nagle wraca ze szpitala, jest zdrowy i wszystko jest jak dawniej – w tym pozytywnym aspekcie. Niestety, był też ten drugi aspekt, bardzo negatywny. I o ile za niektórymi tatkowymi rzeczami bardzo tęsknię – tak za innymi ani trochę. No i taka ambiwalencja… Ale żeby nie było – nie pielęgnuję w sobie urazy. Przebaczyłam co złe i staram się pamiętać to, co było dobre.

Te święta będą po prostu inne. Jest mama, jest babcia, ale jest też mój chłopak i to będą nasze pierwsze wspólne święta.
Staram się myśleć pozytywnie, mimo że ostatnio nie jest u mnie za wesoło. Wciąż nie mam pracy i tracę płynność finansową. Dokuczają mi lęki i obawy o przyszłość, co w takiej sytuacji może i jest naturalne, ale bynajmniej nie pomaga. Mimo lęków i niewesołych myśli, próbuję jednak jakoś zachować równowagę.
Jak to się ma do świąt? Właśnie to zachowywanie równowagi, czy też – tzw. normalności. Nie jestem fanką świątecznych porządków – ale robię je, żeby całkiem nie zgnuśnieć, no i z prostej zasady – nie posprzątamy, to będziemy mieć chlew. Więc oboje sukcesywnie sprzątamy. Zakupy świąteczne? Nie znoszę ich tak samo jak porządków, głównie ze względu na dzikie tłumy w sklepach. Dlatego prezenty kupiliśmy już w listopadzie/na początku grudnia i nie musimy się martwić, a co do jedzenia – staramy się na święta kupować tylko tyle, ile potrzeba.
Uważam też, że nie ma sensu dodatkowo utrudniać sobie życia. Jeśli nie mam na coś siły ani ochoty – nie robię tego. Nic się nie stanie, jak, nie wiem, będzie na święta bałagan w szafie, albo nie zetrę każdego milimetra kurzu w każdym kącie mieszkania.

Po to istnieją dla mnie święta – żeby ODPOCZYWAĆ, wyluzować się, mieć czas na swoje przyjemności, na swoje hobby i tak dalej. A nie po to, żeby od rana wściekle ganiać ze ścierką i wrzeszczeć na każdego, kto się tylko nawinie.
Jeśli ktoś jest wierzący i dla niego święta mają przede wszystkim wymiar duchowy – super. W końcu życie w zgodzie ze sobą jest najważniejsze. Natomiast „typowy” model świąt, czyli gruntowne porządki od rana do wieczora, tracenie zdrowia przy garach – zwłaszcza jeśli rodzina nie przepada za typowymi potrawami „ale tradycja musi być”, a potem jedzenie trafia na śmietnik, kłótnie przy wigilijnym stole, ciąganie siebie i dzieciaków na siłę do kościoła „bo dwa razy w roku wypada”, odwiedzanie/zapraszanie ludzi których się nie znosi… czemu to ma właściwie służyć…? Co to ma wspólnego z jakimkolwiek świętowaniem i przyjemnością?
Do tego z telewizji straszą nas już od początku listopada ociekające radością, słodyczą i RODZINNYM szczęściem reklamy. W święta z kolej straszą kreskówki o grubym ziomku z korpo Coca-Coli i jego ratujących święta reniferach… Kiedy miałam te wszystkie problemy z ojcem i resztą rodziny, po prostu rzygałam tą fałszywą, wymuszoną i sztuczną telewizyjno-reklamową „świąteczną atmosferą”. Zazdrościłam wszystkim znajomym, którzy na święta nie odwiedzali rodzin (albo przynajmniej na to nie narzekali), za to spędzali te dni ze swoimi partnerami/partnerkami. No i… ja też się doczekałam swojego faceta, z którym będę spędzać święta. :) W drugi dzień świąt jedziemy do jego rodziców, ale muszę powiedzieć, że ich polubiłam i traktuję ten wyjazd jako coś przyjemnego, a na pewno ciekawego.
I, choć przykro tak mówić, w moim domu też w tym roku będzie dużo spokojniej.

Także w pełni rozumiem wszystkich, którzy mówią, że nienawidzą świąt. Właśnie z powodu swoich rodzin, z powodu przymusowych spotkań czy „życzeń” typu „żebyś urodziła w końcu dzidziusia”. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma możliwość odizolowania się od „świątecznego pierdolca” i często musi tkwić w samym środku rodzinnego piekiełka… Wszystkim takim osobom życzę siły i wytrwałości, żeby jakoś przetrwały te świąteczne dni.
A tak ogólnie chciałam Wam wszystkim życzyć, żebyście – nie tylko w święta – nie utrudniali sobie, na własne życzenie, życia (i przy okazji innym). Naprawdę nie musicie się zmuszać do tych wszystkich przygotowań, nie musicie robić nic pod publiczkę, nie musicie udawać, nie musicie spotykać się z ludźmi, których nie lubicie. Wiem, że fajnie mi się gada, bo mam 35 lat, samodzielność i wolność i nikt nie będzie mnie ciągnął do kościoła szantażami emocjonalnymi, ale pamiętajcie, że my sami mamy wpływa na mnóstwo rzeczy – wbrew pozorom.

Wyluzujcie i korzystając z faktu, że świat na moment troszkę przystopuje, odpocznijcie, po prostu. A świat się nie zawali, jak podłoga za kiblem nie będzie wypucowana na błysk.
I, to najważniejsze: róbcie wszystko w zgodzie ze sobą. :) Da się. Serio, serio.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ