to ja,  varia

Do siego, czyli czas podsumowań

To nie był dobry rok. Albo nie, wróć. Był dobry tylko w jednym aspekcie – mój facet i ja zdecydowaliśmy się być razem i zamieszkać ze sobą, wbrew wszelkim przeciwnościom. Reszta wydarzeń… Cóż, nie było wesoło.
W zeszły nowy rok weszłam zdołowana i przestraszona – na początku grudnia wykryto na moim jajniku ogromny guz. Wyszło tak, że akurat w Sylwestra szłam na rezonans magnetyczny. Wyniki przyszły zaraz po Nowym Roku. Na szczęście okazało się, że najprawdopodobniej to tylko potworniak – duży, wstrętny, ale dojrzały, więc raczej niezłośliwy. Najprawdopodobniej, raczej – bo 100% pewności dadzą tylko badania histopatologiczne.
Termin operacji wyznaczono mi na drugą połowę marca. W szpitalu czułam się po prostu fatalnie – było gorąco jak w piekle, cuchnęło odkażaczami i chemią, więc w efekcie miałam notoryczny, upierdliwy ból głowy. Kiedy anestezjolog zobaczył moje wyniki z polisomnografii – przeraził się i nie zgodził na zabieg. „Dla pewności proszę skonsultować się z kardiologiem”. Wróciłam więc do domu, a ból głowy przeszedł mi dopiero po kilku godzinach siedzenia przy otwartym oknie.
Wiosna minęła pod znakiem robienia kolejnych badań. Badanie holterem i pozostałe badania kardiologiczne nie wykazały nic niepokojącego – poza jedną rzeczą. Jak się okazało, przeziębienie z jesieni 2020 nie było przeziębieniem, tylko zarażeniem koronawirusem. Koronawirus spowodował niegroźne powikłania – biorę leki i jest lepiej. Na operację zgodę wyraził również pulmonolog.
Kolejny termin wyznaczono mi na początek lipca.

W czerwcu mój ojciec poważnie zachorował. Wzbraniał się przed pójściem do jakiegokolwiek lekarza i mimo braku sił notorycznie się awanturował, aż w końcu nie był w stanie wstać z łóżka i ostatecznie zabrało go pogotowie… Trafił do jednego z lokalnych szpitali pulmonologicznych, gdzie z kolei zaatakował go zespół abstynencyjny. Dostał jakieś neuroleptyki, niby jego stan się poprawił… 4 lipca telefon ze szpitala. Ojciec zmarł. Zatrzymało się krążenie. Pewnie już nigdy nie dowiem się, na ile była to wina osłabienia organizmu chorobą, a na ile skutek zespołu abstynencyjnego (o którym mówi się, że mimo, iż to choroba psychiczna – bywa śmiertelny).
Czekało mnie coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam – załatwianie pogrzebu i wszystko, co się z tym wiąże. Od formalności do przeżywania żałoby. Formalności zostały załatwione szybko i sprawnie, a zasiłek pogrzebowy pokrył zdecydowaną większość kosztów, zresztą właściciel firmy pogrzebowej załatwił wszystko od ręki i był bardzo pomocny. Co do żałoby… Pierwszego dnia przyśnił mi się ojciec. Stał w oknie, w mieszkaniu babci z papierosem, jak to zwykle miał w zwyczaju, spokojny i wyluzowany… Potem pojawiły się inne sny, które miewam do teraz: że ojciec nagle wraca do domu, jest zdrowy, wygłupiamy się i żartujemy tak jak to zawsze robiliśmy… Ale to nie tak, że nie przeżyłam swojej żałoby. Uporałam się z tym błyskawicznie – przecież tydzień po pogrzebie (wspomnę, że była na nim moja mama, jej koleżanka, mój kolega z lat szkolnych i ja; nie mieliśmy nawet numerów do żadnych dawnych znajomych ojca, zresztą on nie utrzymywał już z nikim kontaktu) miałam mieć operację… Nie zamiotłam nic pod dywan, niczego nie wyparłam. Po prostu, szybka rzecz. Wybaczyłam to, co złe. Nie, że zapomniałam, bo tego się nie zapomni. Po prostu, wybaczyłam. Wolę pamiętać to, co było dobre, a wbrew pozorom tych miłych chwil spędzonych z ojcem wcale nie było tak mało.

Tydzień po pogrzebie zgodnie z planem zgłosiłam się do szpitala. Byłam nie mniej przerażona, niż w marcu, ale jednak miałam jakiś tam uspokajacz w postaci wyników badań kardiologicznych i zgody od pulmonologa. Anestezjolog, facet nieco młodszy od mojej mamy, gruby i sympatyczny, doktor i to chyba z habilitacją, wziął mnie na konsultacje. Podsumował je w sposób następujący: „pracuję 35 lat, ale takiego przypadku jak pani jeszcze nie widziałem”. Chodziło mu głównie o mój bezdech senny, chorobę raczej nietypową u kobiet po trzydziestce. Na szczęście personel oddziału okazał się naprawdę profesjonalny, a przy tym niezwykle sympatyczny i uczynny. Nie spotkało mnie kompletnie nic nieprzyjemnego, zarówno ze strony lekarzy, jak i pielęgniarek, oraz studentek-praktykantek.
Moja operacja trwała około dwóch godzin. W drodze na salę pooperacyjną pod żadnym pozorem nie pozwalano mi spać, a i ja starałam się ze wszystkich sił zachować przytomność – dopiero na sali, kiedy podłączono mnie pod mój biPAP, studentki orzekły, że „teraz może pani spać”. Tymczasem kompletnie mi się odechciało, ponieważ dostałam lęków, że jeśli zasnę… to umrę. :’) I tak w kółko, jak to ze schizą, jak to z nerwicą. Lekarze powiedzieli mi, że guz nie był złośliwy, ale oczywiście całkowitą pewność będziemy mieć po badaniu histopatologicznym. Dwa tygodnie później były już wyniki – wszystko w porządku.
Starałam się jak najszybciej stanąć na nogi, wstawać, siadać, chodzić po korytarzu – i tym samym szybko wróciłam do domu. Pierwsze dni po wyjściu ze szpitala były takie sobie, bo nie mogłam praktycznie nic zrobić, ale cóż, minęło pół roku i znowu jestem na chodzie. :) W styczniu czeka mnie kontrola u mojej ginekolog…

W 2021 roku uczęszczałam również na dzienny oddział psychiatryczny. Po raz drugi w życiu, ale po czternastu latach przerwy. No cóż, przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy – na lepsze. Niestety, przez chorobę ojca nie ukończyłam terapii – było to jednak spowodowane wyższą koniecznością, bo to, na co zachorował ojciec mogło być zakaźne. Ale sama terapia była fajna i konstruktywna. Niestety, nie udało mi się nawiązać żadnych ciekawych znajomości, ale to akurat żadna nowość, bo jak wiadomo, jestem straszliwie aspołeczną bułą. :) A ludzie z problemami psychicznymi też bywają różni.

W listopadzie umarł mój młodszy kotek. Zaczęło się od „niewinnych” problemów z żołądkiem, miał operację i weterynarz stwierdził, że to na dziewięćdziesiąt parę procent był rak. Wylaliśmy wszyscy morze łez, a drugi kotek także przeżył żałobę na swój koci sposób. Niestety póki co, nie możemy wziąć dla niego nowego kolegi, ponieważ czeka nas remont.
Ten rok dobitnie uświadomił mi, jak kruche jest życie i że na większość rzeczy nie mamy żadnego wpływu…

Pożegnałam się też z moją dotychczasową pracą. Nowej nawet nie widać na horyzoncie, ale ze starej pracy po prostu musiałam zrezygnować. Za długo, za dużo, i do tego wiele zmian… na sporą niekorzyść. I wprawdzie szukanie pracy wprowadza mnie w depresję, wprawdzie dosłownie płaczę logując się na strony z ogłoszeniami, ale musiałam zrezygnować z tamtej roboty i koniec.
Wygląda również i na to, że stracę moją dotychczasową przyjaciółkę, ale cóż, moje marne relacje z ludźmi to kolejny temat na kolejny poemat.

…a teraz przejdźmy do tego, co pozytywne.
Relacja mojego faceta i moja nie należała do łatwych, tyle powiem, tak bez zbędnego rozwlekania. W 2019 był taki moment, że chciałam już położyć krzyżyk na tej przyjaźni, czy też znajomości… a wtedy on zaczął leczyć swoją nerwicodepresję i powoli, powoli, wszystko zaczęło iść ku dobremu.
Z szukaniem drugiej połówki dałam sobie spokój jakieś 14-15 lat temu, kiedy poznany na portalu randkowym koleś zerwał ze mną kontakt, gdy przypadkiem dowiedział się o mojej chorobie.
Przez lata oswajałam myśl, że będę do końca życia sama, aż w końcu zaczęłam czuć się z tym po prostu dobrze. A tu nagle małymi kroczkami stara znajomość zaczęła na nowo kiełkować… :) Aż w końcu, pod koniec marca stwierdziliśmy, że chcemy być razem. :) W kwietniu Miś do mnie przyjechał, potem w sierpniu przyjechałam do niego… aż w końcu w październiku zamieszkaliśmy razem.

Tkwimy w okresie przejściowym, szukając pracy, czekając na remont, myśląc o przyszłości i te myśli nie zawsze są optymistyczne… ale chociaż mamy siebie i to jest najważniejsze. :)

W Nowy Rok wchodzę pełna obaw i z dużą ostrożnością. W końcu nic nie pokazuje jak kruche jest życie i świat, tak dosadnie jak śmierć bliskich i to w większej ilości… Trochę mnie to wszystko przeraża, ale staram się robić tzw. dobrą minę do złej gry i nie zaniedbywać moich codziennych aktywności, pasji, obowiązków.
Być może rolę w tym wszystkim odgrywa również fakt, że w ciągu roku było kilka zmian leków. Trittico, po którym miałam wszystkie skutki uboczne z ulotki, ślinotok, wzdęcia, a jakby tego było mało, to zaczęły mi się delikatne objawy psychotyczne. Potem – Ketrel. Ciągła zgaga. Aż w końcu – Latuda. Niby wszystko jest w porządku, ale zastanawiam się, czy i ten lek nie ma jakiegoś wpływu na moje ostatnie dołki. No ale – w razie czego wiem jak wybrać numer do mojego psychiatry. :)

Postanowienia noworoczne? Tylko jedno; takie którego nie zrealizowałam w 2021 ze względu na ten cały syf dookoła. Dokończyć projekt komiksowy.

Więc cóż… Pozostaje mi życzyć Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ