psychologia,  psychoterapia,  to ja,  varia

Pasja to życie

Posiadanie pasji uważam za wspaniałą i ważną rzecz – i nie mówię tego tylko w kontekście osób z zaburzeniami psychicznymi.
Podczas kilku pobytów na dziennych oddziałach psychiatrycznych spotkałam naprawdę różnych ludzi – w tym i takich, dla których jedyną aktywnością intelektualną było granie w karty i palenie papierosów. Jeden pan, pytany o zainteresowania, mówił wprost: „brak”. Od razu zaznaczę, że nie oceniam nikogo i nie interesuje mnie, jak żyją inni. Czasem na brak zainteresowań wpływa sytuacja finansowa, czasem – bezpośrednio objawy choroby, na przykład objawy negatywne, które potrafią skutecznie zniechęcić do życia i jakiejkolwiek aktywności.

Ja jednak nie wyobrażam sobie swojego życia bez pasji. A mam ich sporo: książki historyczne (i nie tylko historyczne), gry wideo, retro komputery i konsole, rysowanie, pisanie… Ogólnie, lubię coś tworzyć, uczyć się nowych rzeczy i bardzo szanuję ludzi, którzy też mają swoje pasje (zwłaszcza, jeśli to również „efki”). :)
Największa z moich pasji to… rzecz, o której nie chcę mówić wprost. Choćby dlatego, że miała bezpośredni związek z moimi objawami psychotycznymi. Nie umiem sobie przetłumaczyć, że teraz nikt już by tego nie powiązał. W szkole, jak każde dziecko z nietypowym hobby, byłam wyśmiewana z tego powodu, a kiedy próbowałam coś mówić, słyszałam że „mam się zamknąć” i że „jestem pojebana”. Dorosłym również nie podobały się moje zainteresowania – dość powiedzieć, że słyszałam ciągle „znowu ten ….!”, „a lekcje już odrobiłaś?” czy też „lepiej się poucz matematyki!”, często pojawiały się też sugestie, że jestem „nienormalna”. Nie dziwcie się więc, że nie za bardzo mam ochotę dzielić się z Wami akurat tą pasją. Paradoksalnie, to dzięki tej pasji, którą wszyscy usiłowali we mnie zabić kiedy byłam dzieciakiem i nastolatką, będę w końcu magistrem.

Jak wspomniałam, mam też inne pasje i to im poświęcę tutaj więcej miejsca. Z czytaniem książek na lekach bywa różnie, ale mimo to staram się je czytać i ćwiczyć pamięć oraz zdobywać nową wiedzę.
Z grami też bywa różnie, zresztą jakiś czas temu wrzuciłam nawet osobny wpis o grach i graniu. Nie jestem jakimś maniakalnym graczem – gram mało i w ostatnim czasie również bardzo rzadko, ale po prostu interesuje mnie cała otoczka typu nowinki, gadżety, trailery, soundtracki, różnej maści twórczość związana z grami i tak dalej. A do regularnego grania może jeszcze kiedyś wrócę. :) Jakkolwiek – w niewesołym okresie mojego życia, a dokładniej tuż przed i jakiś czas po rozpoczęciu leczenia, gry bardzo przysłużyły się mojemu zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Były też dla mnie (a w zasadzie – są nadal) inspiracją do licznych komiksów i innych artystycznych projektów. No i, oczywiście, dzięki grom poznałam wiele nowych osób, zawierając kilka fajnych przyjaźni.
Z grami wiąże się kolejna z moich pasji – stare komputery i stare konsole. Lub, jak kto woli, retro (chociaż oficjalnie na to miano zasługują tylko sprzęty, które ukończyły 20 lat ;)). To hobby, podobnie jak pierwsza wspomniana tu rzecz, także nie cieszy się sympatią otoczenia, ze szczególnym uwzględnieniem mojej rodziny. Bo kto to widział, zagracać mieszkanie i wydawać pieniądze na jakiś „złom”. Na szczęście mam już tyle lat, że mogę pozwolić sobie na pewien komfort, polegający na tym, że po prostu mam cudze opinie na temat mojego hobby w głębokim poważaniu. :) Wadą kolekcjonowania starych sprzętów jest to, że niestety faktycznie zajmują trochę miejsca w mieszkaniu.
Co się natomiast tyczy rysowania… Jest to temat-rzeka, i przyjemny, i mniej przyjemny. Rysuję… no, odkąd pamiętam. Już w wieku przedszkolnym siadałam zawsze z moją ukochaną, już nieżyjącą, babcią przy jej biurku lub stole i razem tworzyłyśmy historyjki – babcia wymyślała przygody różnych postaci, a ja jej pomagałam i ochoczo ilustrowałam te opowiastki. Tak została mi zaszczepiona miłość do tworzenia komiksów, czy też inaczej – opowiadania swoich własnych historii za pomocą tekstu i obrazu. W szkole natomiast nienawidziłam lekcji plastyki – o ile się w ogóle odbywały, te trzy razy w roku, ponieważ nauczycielka (notabene było z niej niezłe chamidło) siedziała notorycznie na zwolnieniu przez całą podstawówkę i gimnazjum. A nie lubiłam tych lekcji dlatego, że zawsze był ze mnie zbuntowany dzieciak i nie lubiłam podporządkowywać się zasadom – lubiłam rysować swoje i po swojemu. Zresztą, wiadomo jak wyglądały takie lekcje w latach 90/00 – dla starszych dzieciaków, które nie lubiły i nie umiały rysować była to strata czasu a niekiedy i trauma (zupełnie jak analogiczne lekcje muzyki, kiedy trzeba było śpiewać piosenkę czy grać na flecie przez szydzącą klasą), a ci, którzy mieli jakiś tam talent, i tak niczego sensownego się tam nie nauczyli. Chodziłam też na kółko plastyczne – pan, który je prowadził, był znajomym mojej mamy. Wspominam je całkiem miło, chociaż i tam byłam małym odludkiem… ale chociaż nikt mi nie dokuczał. Przez jakiś czas na kółko uczęszczał ze mną chłopak z równoległej klasy – było mi raźniej, ale w trzeciej klasie gimnazjum wszystko się zepsuło. On poszedł w podejrzane towarzystwo i ćpanie, ja – w chorobę. Na tym skończyła się moja przygoda z kółkiem plastycznym. Przez jakiś czas były nawet plany zdawania do liceum plastycznego, ale to wymagało posiadania „portfolio” – a nie mogłam nad nim pracować, mając codziennie w domu pijackie awantury…
Ale nigdy nie porzuciłam rysowania – zawsze coś tam sobie mazałam, a w 2004/05 roku zdecydowałam się na publikowanie moich prac w internecie. No i niezmiennie je publikuję… W 2007 roku zdecydowałam się stworzyć serię pasków komiksowych o schizofrenii i moich problemach. Komiks nazywał się „Wariat i Wilk”, a jego rzeczywisty temat był utrzymywany w tajemnicy – o tym, czego dotyczył naprawdę, wiedzieli tylko moi bliscy znajomi. Tak, byłam wtedy bardzo przewrażliwiona na punkcie swojej choroby i tego, „że się wyda”. Komiks ktoś tam nawet czytał i komentował, chociaż większość czytelników w ogóle go nie rozumiała. Ale nie rysowałam WiW z myślą o czytelnikach – ten komiks był po prostu moją terapią i sposobem na radzenie sobie z emocjami, lękami, różnymi sytuacjami i przeżyciami. W sumie tworzyłam ten projekt przez jedenaście lat.
…napisałam, czym był dla mnie WiW, ale tak naprawdę te słowa można odnieść do każdego mojego projektu czy rysunku, a na pewno do większości. Po prostu, wyrażam w ten sposób siebie i dużo mi to daje.
Ale miałam poruszyć też ten mniej przyjemny aspekt. Otóż rysowanie, poza tym że daje mi radość, często jest dla mnie również i źródłem cierpienia. Niestety, ale boję się wychodzić ze swoją twórczością do świata – jestem przekonana, że gdybym tylko pokazała się przed szerszą publicznością, zebrałabym gwizdy i hejty. Czasem się przełamuję i próbuję reklamować – wtedy okazuje się, że zainteresowanie moimi pracami jest znikome. No bo cóż – nie mam nie wiadomo jakich umiejętności, czy – jak kto woli – talentu i tak samo nie rysuję komiksów czy rysunków związanych z modnymi w internecie tematami i trendami. A wiadomo, że większość woli kolorowe kucyki z modnej kreskówki od udziwnionej historii z uniwersum 17-letniej gry, w którą nikt już nie gra. Znajomi pocieszają mnie, że takie mamy czasy, żeby wszystko było lekkie, łatwe i przyjemne – mało kto zatrzyma się na jakiejś dłuższej opowieści; lepiej pacnąć lajka pod paskiem „o życiu”, zapomnieć i scrollować dalej. Jakkolwiek by jednak nie było, kiedy dopada mnie artystyczny dołek, niekoniecznie jestem w stanie patrzeć na to racjonalnie i obiektywnie; zaraz pojawiają mi się w głowie negatywne myśli na mój własny temat. Nie jest to miłe, kiedy spędzasz kilka-kilkanaście godzin, żeby coś stworzyć, wkładasz w to całe serce, a nikt nawet na to nie spojrzy, nie skomentuje, nie polubi. Po prostu to trochę tak, że ofiarujesz coś od siebie, uważasz to za pozytywne i dobre, ale nikt tego nie chce i nie jest tym zainteresowany. Dlatego wzbudza to we mnie smutek, a nawet frustrację; mimo, że tak naprawdę cały problem ma jeszcze kilka den i można by spojrzeć na niego dużo bardziej obiektywnie.
A co do pisania… Od zawsze pisałam, głównie blogi, chociaż zdarzyło mi się napisać trochę pomniejszych opowiadań i tak dalej. W czasie, gdy zaczęłam się leczyć i byłam naprawdę zagubiona – pisałam bloga. Potem zresztą też, przez wiele lat, pisałam różne blogi. W pierwszych miesiącach leczenia blog był moim najważniejszym „powiernikiem”, pomagał porządkować myśli i emocje. Bywało, że drukowałam wpisy i czytałam je potem terapeucie, bo czasem było mi łatwiej coś napisać, niż powiedzieć w rozmowie. Pisania tego bloga – i kolejnych bardzo mi pomogło. Zresztą, prowadzenie bloga rozwija, jak i również uczy systematyczności.

I jak się w moim życiu nie układało, jedno zawsze było stałe i pewne: zachowywałam jakąś aktywność, związaną z tymi pasjami. Jest mnóstwo osób, których aktywność w istocie ogranicza się do tego nieszczęsnego robienia i palenia papierosów oraz grania w karty. Albo siedzenia cały dzień w odmętach internetu i czytania o teoriach spiskowych, urojeniach religijnych i innych bzdurach – moim zdaniem to prosta i szybka droga na dno choroby… Ale każdy żyje jak chce. Ja stawiam na realny samorozwój i kreatywność. I tak właśnie funkcjonuję – nawet jeśli akurat nie pracuję czy nie uczę się, zawsze staram się COŚ robić. Choćby to miało być narysowanie czegoś, napisanie nowego wpisu na bloga, jakakolwiek kreatywność, cokolwiek – robię to, bo dzięki temu żyję. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ