psychologia,  psychoterapia,  varia

Wszyscy się kiedyś spotkamy… – wpis o żałobie

To nie będzie dla mnie łatwa notka, ale chcę ją napisać i poruszyć ten temat…
Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że śmierć jest nieuniknioną częścią życia. Można się jej bać lub nie bać, można wierzyć w wiele różnych rzeczy, można z niej drwić, można się nawet do niej przyzwyczaić (mam tu na myśli np wspomnienia ludzi ocalonych z obozów koncentracyjnych), ale kiedy umiera ktoś bliski – nigdy nie jest to łatwa sytuacja, bez względu na nasze relacje z tą osobą.

Od razu wyjaśnię: traktuję zwierzęta domowe jak członków rodziny i będę pisać o nich na równi ze zmarłymi bliskimi ludźmi. Jeśli w jakikolwiek sposób Cię to razi albo uważasz, że to nie w porządku, tudzież że zwierzęta nie mają duszy – zamknij tę stronę i więcej na nią nie wchodź.

Kiedy miałam sześć lat, uważałam, że nikt z rodziny nie umrze, póki nie będę dorosła – tak to miało działać w moim dziecięcym umyśle. Niestety szybko przekonałam się, że to wcale tak nie działa. W styczniu 1993 roku zmarł mój dziadek ze strony mamy. Był ledwo po sześćdziesiątce, ale niestety, drugi zawał okazał się dla dziadka zabójczy. Mama i babcia strasznie płakały, ojciec za to więcej pił. Pamiętam zapłakaną twarz mamy i ubraną na czarno babcię, pamiętam pogrzeb… ale na stypie już bardziej interesowała mnie zabawa i śmieszny lis-kołnierz jednej z ciotek. Byłam przecież sześcioletnią dziewczynką… Kochałam bardzo dziadka, a dziadek kochał mnie – byłam jego jedyną, najukochańszą wnusią. Do dziś pamiętam jego śmiech, żarty, pogodne usposobienie i nasze wspólne zabawy. Rozumiałam, że dziadek odszedł do jakiegoś innego świata i że już go nie zobaczę – w ziemskim życiu.

Rok później byłam już uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej. Pod koniec stycznia 1994 roku szykowałam się wraz z innymi dzieciakami na huczny bal przebierańców. Wróciłam ze szkoły i myślałam tylko o wieczornym balu, kiedy mama przekazała mi wiadomość: po długiej chorobie zmarła babcia ze strony ojca. Mimo bycia siedmiolatką spodziewałam się, że to nastąpi – babcia była od dawna poważnie chora i dorośli nie ukrywali tego przede mną. Było mi przykro, ale mama powiedziała, żebym poszła na swój długo wyczekiwany bal i cieszyła się dzieciństwem.
Pamiętam mój ostatni pobyt w mieszkaniu babci – mieliśmy tam przenocować, żeby następnego dnia iść na mszę i pogrzeb. Była tam jakaś ciotka, dziadek ze strony ojca i… mój ojciec, kompletnie pijany. Mieszkanie babci bez babci było dziwne, puste mimo tłumu ludzi i wcale nie miałam ochoty tam spać. Kiedy mama zobaczyła pijanego jak bela ojca i doszło między nimi do kłótni – strasznie się zdenerwowała, wzięła mnie pod rękę, złapała jakąś taksówkę na postoju i tak wróciłyśmy do domu – 25 km. Była noc, ośmioletniej mnie wydawało się, że już bardzo późna…
Babcię również bardzo kochałam, byłam jej jedyną wnuczką tak samo jak w przypadku dziadka, więc babcia uwielbiała mnie ze wszystkich sił. Do dziś wspominam dziecięce dni spędzane u babci z wielkim sentymentem, wzruszeniem i nostalgią. Nasze wspólne rysowanie, wymyślanie bajeczek, gotowanie, wszystkie zabawy i niesamowity klimat jej mieszkania… Siedząc w zimnym kościele na mszy pogrzebowej zrozumiałam, że tego już nigdy nie będzie i zrobiło mi się bardzo smutno. Pamiętam również, że po stypie ojciec, już zupełnie trzeźwy, kupił mi pewną grę planszową, modną wtedy wśród dzieciaków. Nie zapytałam go nigdy czy był to przypadek, czy chciał mi umilić ten dzień, czy też może chciał przeprosić za poprzedni wieczór…

Miałam dziesięć lat i był wczesny, zimowy, sobotni poranek. Jak na ironię – znowu końcówka stycznia. Czekałyśmy z mamą, czy ojciec nas odwiedzi. To był czas, w którym nie mieliśmy nawet telefonu stacjonarnego, a komórki jeszcze nie istniały, w każdym razie nie w powszechnym użytku. Ojciec przyjechał bardzo wcześnie i przekazał wiadomość – drugi dziadek, czyli jego ojciec zginął w dziwnych okolicznościach w wypadku komunikacyjnym. Oczywiście była to przykra wiadomość, ale z tym dziadkiem nie miałam bliskich relacji. Widywałam go raz do roku na jakieś święta, a nawet i rzadziej. Ostatni raz widziałam go w niezbyt przyjemnych okolicznościach – przyjechał do nas z kompletnie pijanym ojcem. Mama wyprosiła ich z mieszkania. Dziadek był czarną owcą w rodzinie, ojciec zawsze mówił o nim źle, nawet wiele lat po jego śmierci, a inni dorośli też nie przepadali za dziadkiem. Gdy byłam młodsza, obwiniałam go trochę za alkoholizm ojca – niektórzy w rodzinie mówili, że dziadek też lubił sobie popić i przez to rozpadło się jego małżeństwo z babcią… Nie wiem jak było naprawdę i nikt mi już tego nie powie. Tak czy inaczej, 1 listopada zapalam zawsze dziadkowi świeczkę na którymś z lokalnych cmentarzy (dziadek jest pochowany daleko od mojego miasta, w swoich rodzinnych stronach), mam też małą pamiątkę po nim – kolorowego metalowego wróbelka, który skakał, gdy się go nakręciło. Dziadek podarował mi go kiedyś na Gwiazdkę. Nigdy nie skreśliłam dziadka – po prostu nie znałam go dostatecznie dobrze.
Pamiętam, że tamtego dnia dostałam od ojca również prezent urodzinowy – mój pierwszy aparat fotograficzny, Kodak w edycji dla młodszych użytkowników, razem z kliszą i książeczkami o fotografii.

Minęło czternaście lat.
W roku 2010 w wieku jedenastu lat umarła moja pierwsza kotka. Miałam wcześniej zwierzątka – ale nigdy nie miałam stworzonka, do którego przywiązałam się tak mocno, mimo że kochałam wszystkich moich małych przyjaciół… To był kompletny szok. Kotka umarła zupełnie nagle i niespodziewanie – nie była wiekowa, nie chorowała, nie miała żadnych niepokojących objawów. Położyła się i nie wstała. To wszystko. Weterynarz nie był w stanie zrobić już nic. Kicia miała dobre życie i lekką śmierć – lekką, bo stało się to bardzo szybko. Dlaczego tak napisałam? Wrócę do tego w dalszej części wpisu. Po śmierci kotki dostałam bardzo silnych lęków i pogorszyło mi się na tyle, że musiałam przez jakiś czas brać wyższą dawkę leków.

Przez kolejnych jedenaście lat nic się nie działo, aż nagle przywaliło z grubej rury.
W lipcu 2021 roku zmarł mój ojciec, mając zaledwie 66 lat. Okazało się, że był chory na gruźlicę – został przewieziony do szpitala pulmonologicznego i tam zmarł. Ale nie, ojciec nie zmarł na gruźlicę, to znaczy nie była ona bezpośrednią przyczyną. Bezpośrednią przyczyną był zespół abstynencyjny – wycieńczony chorobami i alkoholizmem organizm powiedział: „dość” i doszło do zatrzymania krążenia.
Akurat szykowałyśmy się z mamą do jedzenia obiadu, kiedy zadzwonili ze szpitala. Patrzyłam w talerz i oznajmiłam mamie: „nie wiem co powinnam teraz czuć”.
Bo rzeczywiście, czułam ogromną ambiwalencję. Przypominały mi się wszystkie miłe chwile spędzone z ojcem, jego humor, charakterystyczne powiedzonka… i w tym samym momencie zastępowały je inne wspomnienia. Wspomnienia pijackich awantur, wyzwisk i niezliczonych przykrości. Ale bez względu na to, co siedziało mi wtedy w głowie – musiałam zrobić z tym błyskawicznie porządek. Tydzień po pogrzebie ojca miałam wyznaczony termin operacji w szpitalu. Musiałam wziąć się w garść, bo doszły nowe stresy – paniczny lęk przed narkozą, strach przed tym, że guz jednak okaże się złośliwy albo że stanie się jeszcze sto innych złych rzeczy.
Pierwszej nocy ojciec mi się przyśnił – stał w oknie z papierosem, spokojny i wyluzowany, tak jak to zawsze miał w zwyczaju. Wybaczyłam ojcu wszystko co złe, pamiętam co dobre – wierzę, że dzięki temu jego dusza zaznała ukojenia. Jeszcze długo po pogrzebie ojciec mi się śnił – że nagle wraca ze szpitala, jest zdrowy i razem śmiejemy się z tej całej dziwacznej pomyłki. Ale to tylko sny. Trochę płakałam, ale niespecjalnie. Zresztą, żałoba to nie tylko stereotypowy płacz. Myślę, że to wybaczenie było tu kluczowe…

W listopadzie mój młodszy kotek zachorował. Wydawało się, że to tylko niewinne problemy żołądkowe i raz dwa się z tym uporamy… Niestety jego stan z dnia na dzień się pogarszał. Weterynarz zdecydował się przeprowadzić operację – i wtedy okazało się, że to zaawansowany rak. Kotek został uśpiony 13 listopada rano…
Przeszliśmy z moim facetem przez piekło. Wylaliśmy morze łez, a u mnie zaczęły odzywać się sile lęki o przyszłość i moich bliskich. Ogarnęło mnie kompletne czarnowidztwo i poczucie beznadziei. Tak, nie płakałam po ojcu, za to wylałam morze łez po kotku. Jeśli ktoś tego nie rozumie, wyjaśnię: kotek był jednoznacznie dobry, nie zrobił mi nic złego, za to bardzo mnie kochał. Uważam jego przedwczesną, bolesną śmierć za wielką niesprawiedliwość. Nawet teraz płyną mi łzy kiedy to piszę… Ale wierzę, że kotek jest razem z moim ojcem, który również bardzo go kochał i pewnego dnia znów ich zobaczę. Tak jak i dziadków i moje inne zwierzątka.

Niestety, starszy kotek również teraz choruje. Jest już bardzo wiekowy i mam świadomość, że już nie można zrobić z niego kociaka, choćby nie wiem jakich starań i nakładów się dokładało… To samo dotyczy mojej babci. Babcia ma już 95 lat i mimo, że cieszy się dobrym – jak na ten wiek – zdrowiem, to niestety widać, jak słabnie i jak zaczyna brakować jej sił. I fizycznych i intelektualnych… Pomimo rehabilitacji, diety i całej naszej opieki.
Wiek niestety robi swoje i to jest rzecz, z którą trzeba się pogodzić i w przypadku ludzi i w przypadku zwierząt – a to pogodzenie się to jedno z najtrudniejszych zadań. Bo jak patrzeć spokojnie, kiedy ktoś bliski traci siły, choruje, cierpi, a ty wiesz, że ze względu na jego wiek nie nastąpi już żaden cud…? Przy fragmencie o mojej pierwszej kotce pisałam, że ona umarła nagle – i powiem wam, że tak było lepiej. Dla niej – bo nie męczyła się… i dla nas – bo nie wiedzieliśmy jak cierpi i gaśnie…

Starość to straszna sprawa… Ale jedyną pozytywną kwestią jest tu pewne poczucie… nie wiem, sprawiedliwości? W sensie, że to, iż umiera stary człowiek/stare zwierzątko jest bardziej uzasadnione, niż kiedy umiera młodsza osoba czy stworzonko.

Żałobę każdy przeżywa na swój sposób. Można płakać, można się złościć, można przebaczyć, jeśli zmarły coś nam zawinił, a można obok smutku czuć też ulgę, kiedy ktoś latami opiekował się starszym rodzicem albo niepełnosprawnym dzieckiem lub rodzeństwem. Nie ma w tym nic złego i nie należy się za to winić. Wiecie, jak to jest z emocjami – przychodzą, trzeba dać im trochę pobyć w naszych głowach bez względu na to jak się z nimi czujemy, przetrawić je i zrobić miejsce następnym.
Nie ma nic złego w tym, że nie płaczesz – płacz nie jest wyznacznikiem żałoby. Niektórym przynosi ulgę, a inni wcale nie mają potrzeby płakania. I to jest normalne. Normalne jest poczucie złości i niesprawiedliwości. I tak samo normalne jest przyjęcie śmierci bliskiej osoby ze spokojem, zgodnie z naszą wiarą czy światopoglądem.

Jestem agnostykiem, nie wierzę w niebo, nie wierzę w piekło, nie wierzę w katolicyzm. Nie będę może dzielić się z wami moimi teoriami na temat śmierci i zmarłych, ani tym, w co dokładnie wierzę i czym to uzasadniam. Powiem tylko tyle, iż wierzę w to, że pożegnania nie są na zawsze, bo wszyscy się kiedyś spotkamy. I że dusza jest nieśmiertelna – tak w baaaardzo duuużym skrócie. Doświadczyłam osobiście tego, że niektóre podróże są tak wielkie, iż jedno życie to za mało. Pozwólcie jednak, że nie będę już w to wnikać. Trzeba po prostu przez to przejść – bo przeżycie żałoby po stracie bliskich jest kluczowe dla naszego zdrowia psychicznego. Więc dajcie sobie do tego prawo.

2 komentarze

  • btn

    Ciekawa tematyka.
    Sam czasem rozmyślam o tym co będzie gdy mnie nie będzie i nigdy jakoś nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, zrozumieć i pojąć. Abstrahując od tego czy będzie coś w stylu piekła/nieba, czy św. Piotr będzie czekał pod bramą z listą „zaproszonych” czy po prostu nagle obudzę się jako inny człowiek z nową świadomością lub co gorsza jakiś zwierzak… Nie ma szans aby to ogarnąć.
    Pogrzeby są zwykle przygnębiające, chociaż pamiętam pogrzeb babci, gdy byłem w wieku 12 lat, który zapamiętałem jako festiwal śmiechu i żartów. Nawet na zdjęciach ze stypy widnieję z kuzynem uchachany po pachy. Późniejszy pogrzeb dziadka już w wieku poważnym i zachowanie takie jak powinno być.
    Uważam, że rozkminy w tych tematach są ciekawe więc śmiało publikuj, masz czytelnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ