to ja,  varia

Dziwacy i prywatne bańki informacyjne

Nie skłamię jeśli powiem, że całe życie, odkąd jako małe dziecko zaczęłam ogarniać rzeczywistość, towarzyszyło mi pewne poczucie. Że jestem inna. Już w przedszkolu okazało się, że niezbyt dobrze dogaduję się z innymi dziećmi i niezbyt dobrze je rozumiem. Nie wiodłam prymu, bo zamiast bawić się z innymi w, na przykład, szpital dla lalek, wolałam bawić się sama, w weterynarza. Lubiły mnie za to przedszkolanki, uważając za niezwykle inteligentne i utalentowane dziecko.
Potem poszłam do szkoły i stopniowo z dziecka niezwykle inteligentnego i utalentowanego, stałam się krnąbrnym, irytującym i zbuntowanym bachorem, a potem – jeszcze krnąbrniejszą nastolatką. Nauczyciele bardzo się starali, żeby wbić wystający gwóźdź – nie udało się. „Kolegom” za to udało się coś innego – zgnoić mnie tak, że w pierwszej klasie liceum zaczęły się u mnie objawy psychotyczne.
W domu też nie było lepiej – ze względu na dysfunkcje, które tworzył alkoholizm mojego nieżyjącego już ojca. Czułam się gorsza. Bo nie mogłam zaprosić do domu żadnej koleżanki, bo nie mogłam powiedzieć nikomu co dzieje się w domu, bo musiałam czuć ciągły wstyd, bo nie miałam taty takiego, jakiego miały inne dzieciaki z przedszkola i potem szkoły. Na terapię dla współuzależnionych (nie DDA) poszłam w 2010 roku; owoce wydała dopiero po wielu latach, ale były to bardzo konkretne owoce. To, czego się tam nauczyłam, pomogło mi przeżyć żałobę i uporządkować sprawy po śmierci ojca.
I chociaż od mojej matury mija teraz siedemnasty rok, a od pierwszej wizyty u psychiatry – szesnasty i te lata są jak całe epoki, to jedno się nie zmieniło – poczucie, że jestem inna. W pierwszej pracy oberwałam za to nie słabiej, niż obrywałam przez całą podstawówkę i gimnazjum. Trzy miesiące stażu przypłaciłam trwającą cztery lata traumą. W kolejnych miejscach pracy nie było lepiej. Ludzi razi przede wszystkim mój oryginalny wygląd i styl ubierania. Nie muszę mówić, że nigdy nie byłam popularną osobą, nie miałam grona przyjaciół, nikt mnie nie doceniał (wszak miałam lekceważący stosunek do nauki) i nie wykazywał żadnego zainteresowania moimi pasjami oraz problemami. Po dwudziestym piątym roku życia pojawiły się teksty wyrażające zdziwienie, że w moim wieku nie mam jeszcze partnera, męża, a tu już trzeba myśleć o dzieciach. Partnera nie miałam, miałam za to niezły bałagan w głowie, a dziwnym trafem każdy poznany przez internet facet uciekał po pierwszym spotkaniu i więcej się nie odzywał – nieważne, jak miło i ciekawie nam się wcześniej rozmawiało online. Dzieci nigdy nie chciałam, z kilku powodów. Przeszłam przez etap hejterskich grupek dla osób nienawidzących dzieci, ich rodziców i w ogóle wszystkiego co tylko istnieje, potem dałam sobie spokój z tym bagnem, ale tak czy inaczej na macierzyństwo nie zdecyduję się nigdy. Oczywiście, zdarzało mi się słyszeć, coraz częściej, że coś jest ze mną nie tak i pewnie „jestem lesbą”. Ludziom ciężko jest pojąć, że dla kogoś małżeństwo i rozpłód może nie być jedynym celem i najwyższym szczęściem… a teraz sama jestem w szczęśliwym związku. Planujemy wspólną przyszłość, kochamy się. Nie zmienia się tylko jedno: oboje nie chcemy nigdy mieć dzieci. Nie zamierzam nikomu tłumaczyć się z moich decyzji, po prostu – nie wtrącam się w niczyje życie i tego samego oczekuję od innych.

A jak to wygląda z perspektywy mojej choroby? Mimo terapii, ton skonsumowanych leków, nie umiem pozbyć się tego poczucia… Jestem inna, dziwna, nie pasuję, a co gorsza – ludzie to doskonale widzą i przez to mnie gnoją lub w najlepszym przypadku ignorują. Obiektywnie, nie widać po mnie schizofrenii. Niestety, widać aż za dobrze coś innego – nerwicę i kompletny brak tzw. social skills. Mówię szybko (z nerwów) i niewyraźnie (bo mam krzywą przegrodę nosową). Za dzieciaka raczono mnie tekstami o kluchach w gębie i połykaniu końcówek. O logopedzie i laryngologu jakoś nikt nie pomyślał. Czasem, pod wpływem stresu i lęków, podczas mówienia gubię oddech, mylę słowa, nie kończę zdań, tracę wątek. To wystarczy, żeby mieć mnie za kretynkę; wystarczy też, żeby irytować normików. Zwłaszcza w połączeniu z moim oryginalnym wyglądem.
Jeśli do tego dodamy psychotyczne poczucie, że wszyscy się na mnie gapią, śmieją się pod nosem i tak dalej… no właśnie, możecie się domyślić, że – mimo iż daleko mi do hikikomori – nie lubię wychodzić z domu, a jeszcze bardziej nie lubię interakcji z ludźmi. Mój psychiatra niespecjalnie chce odstawić mi arypiprazol, argumentując to tym, że mam właśnie takie drobne jazdy. Ja jednak jestem przekonana, że nie jest to wina objawów psychotycznych – tak po prostu nauczył się mój mózg i póki nie pójdę na sensowną psychoterapię, to się nie zmieni.
Często mam wrażenie, że ludzie specjalnie mnie ignorują, tak jakby nie słyszeli, co do nich mówię i że w ogóle coś mówię. Mój facet jakoś słyszy, reszta towarzystwa – nie. Mój mózg podpowiada od razu: no bo kto by się przejmował zdaniem głupiego śmiecia. Nie wiem dlaczego ludzie tak się zachowują wobec mnie, obstawiam, że winna może być moja dykcja i sposób mówienia. O ile mam jakiś wpływ na dykcję, tak na budowę nosa i gardła nie mam póki co żadnego.
W internecie również jest mi ciężko wybić się z jakimkolwiek projektem – „no bo kto chciałby się zadawać z wariatką”… Nie umiem się reklamować, nie jestem specem od autopromocji, nie lubię rozmawiać z ludźmi i nienawidzę Facebooka – to wystarczy, by algorytmy ucinające zasięgi miały pełne używanie.
Mam świadomość, że potrzebuję po prostu porządnej terapii poznawczo-behawioralnej. W teorii. Bo z praktyką jest gorzej.
Nie jestem „typowym schizofrenikiem” – i pisząc to zdaję sobie sprawę, że nie istnieje żaden „typowy schizofrenik”. Z moim podejściem do życia i poglądami zdaję się jednak być w zdecydowanej mniejszości – z akcentem na „zdaję się”. Bo o co chodzi – mam kompletnie inny światopogląd, niż zdecydowana większość ludzi z podobną diagnozą, jakich spotkałam w internecie. Nigdy nie miałam urojeń religijnych – ba, jestem niewierząca i nie należę do sympatyków Kościoła. Do tego mam lewicowe poglądy, w niektórych przypadkach – skrajnie lewicowe. Nie jestem homofobem, nie jestem antysemitką, nie wierzę w teorie spiskowe. Jakkolwiek nie afiszuję się ze swoimi animozjami i nie zwykłam publicznie atakować czy hejtować kogokolwiek, na przykład katolików.
Oczywiście nie dysponuję żadnymi statystykami ani badaniami naukowymi odnośnie „typowych schizofreników” – opieram się wyłącznie na własnych doświadczeniach i mam pełną świadomość, że mogę kompletnie nie mieć racji – to są po prostu moje prywatne obserwacje, być może również zniekształcone przez chorobę.
„Moje jest każde miejsce, bo nie pasuję nigdzie” – jak nawijał Zeus…

Powyższy wywód to taki jakby przydługi wstęp, napisany po to, żebyście mieli mniej więcej rozeznanie jak patrzę na siebie i swoje problemy.
Właściwym… a może po prostu drugim tematem tego wpisu mają być tak zwane bańki informacyjne, ale może nie powinnam używać tej nazwy. O co mi bowiem chodzi – nie o algorytmy dostarczające nam określone treści, tylko o nasze własne, osobiste poglądy, w których trwamy, będąc jednocześnie zamkniętymi i wrogimi na to, z czym się nie zgadzamy. Oczywiście, wspomniane algorytmy tylko zaostrzają to zjawisko.
Często mam dziwne wrażenie, że większość ludzi zatraciła umiejętność dostrzegania kolorów – oni widzą tylko białe i czarne. Jesteś lewakiem albo prawakiem. Jesteś nazistą albo komunistą. Jesteś homofobem albo gejem. Jesteś albo za PO albo za PiSem. Jesteś albo fanatykiem religijnym albo zatwardziałym ateistą. Jesteś incelem albo nienawidzisz mężczyzn. Bo przecież świat jest czarno-biały… Bo przecież są tylko skrajności i NIC pomiędzy, prawda…?
Tym samym ludzie zatracili też umiejętność jakiejkolwiek kulturalnej dyskusji czy polemiki w internecie. Nie ma kulturalnej dyskusji, nie ma polemiki, nie ma konstruktywnej krytyki – jest rzucanie błotem, argumenty ad personam, obrażanie, komentarze typu „zesrałeś się XD” i emotka „haha” oraz „wrr”. Nie wiem, może na Facebooku w ludzi wstępuje jakiś metaforyczny diabeł i zabiera im wszelkie hamulce…?
Powiem wprost – ja również mam takie dni, że ludzie o odmiennych poglądach doprowadzają mnie do szału, a im są bardziej zacietrzewieni i im gorsze głupoty plotą – tym bardziej mam ochotę ich zwymyślać i rozpaczać nad bezdennością ludzkiej głupoty. Ale na chwilowym złym nastroju się kończy – jak pisałam, nie zwykłam tracić czasu i energii na hejty lub kłótnie. Mam ciekawsze i bardziej konstruktywne rzeczy do roboty. Poza tym w takich chwilach przypominam sobie o tym, że Facebook to sztuczny twór i każdy z interlokutorów równie dobrze może być trollem, cisnącym bekę ze wszystkich.
Dlatego biorę tak zwany głęboki oddech, liczę do dziesięciu, próbuję pożegnać frustrację i ogarniam się.
…tylko skąd u mnie ta cała frustracja? Bo w sumie, co mnie obchodzi, czy ktoś sobie w coś tam wierzy albo nie wierzy, lub – co głosi? Jeśli nie atakuje mnie bezpośrednio – może sobie wierzyć nawet w różowe krasnoludki mieszkające na Marsie, a mnie nie powinno to obchodzić. Ja także nie mam przecież monopolu na prawdę, cokolwiek kryje się pod pojęciem prawdy. …ale mój rozmówca także nie ma tego monopolu.
Fakt, że polityczne niesnaski i różnice poglądów potrafią niszczyć stare przyjaźnie oraz poróżniać członków jednej rodziny, jest przerażający. Tymczasem myślę, że dyskusja, dogadanie się i wspólna egzystencja osób o innych czy skrajnie odmiennych poglądach jest jak najbardziej możliwa. Ale obie strony muszą wykazać odrobinę dobrej woli i trochę szacunku, zrozumienia. Nie oceniać, nie obrażać, nie szufladkować, nie doszukiwać się nie wiadomo czego w czyichś wypowiedziach. Czy to jednak nie jest w obecnych czasach jakaś kompletna utopia…?
Z drugiej strony, powyżej chodziło mi o kłócenie się na temat jakichś faktów czy zdarzeń, na przykład historycznych, politycznych i tak dalej. A co, jeśli ktoś uparcie twierdzi, że te wyżej wspomniane różowe krasnoludki z Marsa spłaszczyły Ziemię i traktuje to jak dogmat – czy jakakolwiek próba dyskusji ma tutaj sens…? Mój znajomy dyskutował kiedyś zawzięcie z osobą negującą z tak zwanym uporem maniaka pewne fakty historyczne, aż w końcu stwierdził: „nie mam siły, żeby kopać się z koniem” i dał sobie spokój. Niektórzy ludzie, zwłaszcza ci zaburzeni, są po prostu głusi na jakekolwiek argumenty i naprawdę nie ma po co tracić na nich naszych cennych zasobów – energii i czasu.
…i robi się z tego takie jakby błędne koło. I nie przekonam wyznawcy różowych krasnoludków do argumentów naukowych, skoro ten tkwi w swojej bańce – i w efekcie ja też będę tkwić w swojej bańce z ludźmi, którzy nie również nie wierzą w żadne krasnoludki. Błędne koło się zamyka? Tak, ale do czego zmierzam: żeby po prostu nie rzucać w interlokutorów błotem i nie zachowywać się jak buc – i to oczywiście ma działać też w drugą stronę. Naprawdę, są dużo lepsze rzeczy do zrobienia w życiu, niż plucie jadem w ekran komputera czy telefonu. Nie wiem, idź z dziewczyną do kina, zabierz dzieciaki na spacer do lasu, kup sobie fajną koszulką, namaluj obrazek, cokolwiek.
A ostatnia kwestia, którą chcę poruszyć, to tak zwane „Trzydzieści milionów ekspertów” (polecam odsłuchać piosenkę, autorzy to zespół „Łydka grubasa” :)) – teraz przecież KAŻDY zna się doskonale na WSZYSTKIM. I tak Roman po samochodówce zamienia się w wybitnego historyka, emerytowana ekspedientka Maria jest wirusologiem, a Sebastian z trudem skończył szkołę średnią, ale przecież świetnie zna się na prawie i medycynie. Nieśmiało przypomnę tylko, że obejrzenie filmiku na YouTube i przeczytanie wstępu do „weekendowego” artykułu na jakimś portalu nie sprawia, że stajesz się znawcą i ekspertem od danego zagadnienia. I co ciekawe – wcale nie musisz nim być. Przyznanie się do niewiedzy to nie oznaka słabości i głupoty – a wprost przeciwnie. Ja na ten przykład nie znam się kompletnie na fizyce kwantowej – nawet za bardzo nie wiem czym są te kwanty, mimo że mogę sobie wguglować ich definicję. Ale mam świadomość swojej kompletnej niewiedzy odnośnie zagadnienia kwantów – więc się na ich temat po prostu nie wypowiadam, i tyle. Brzmi to bardzo logicznie, ale często odnoszę wrażenie, że dla większości jest to jakaś tajemna, starożytna mądrość i niemożliwa do ogarnięcia umysłem wiedza, jeszcze bardziej skomplikowana, niż te całe kwanty.

Powiecie, że pierwsza część notki nijak nie koresponduje z drugą. Ano właśnie koresponduje. Uważam się za człowieka rozsądnego i mającego logiczne, racjonalne spojrzenie na świat. Staram się widzieć nie tylko siebie, nie tylko skrajności i nieco więcej, niż dwa kolory. Pomimo tego, mam diagnozę F20 i dla większości społeczeństwa jestem godną pogardy wariatką – chociaż ani nie wierzę w różowe krasnoludki, ani nie rzucam w nikogo kupą, przekonana o własnej nieomylności. Ale to mnie trzeba leczyć i to mnie trzęsą się ręce z przerażenia, kiedy mam załatwić sprawę w urzędzie. :’) To ja powinnam dostosować się do obrzucających się kupą, bo oni przecież stanowią tak zwaną większość.

Po prostu: zachowajmy kulturę i minimum szacunku, a czasem próbujmy patrzeć nieco dalej, niż na czubek własnego nosa. Wtedy świat z pewnością stanie się piękniejszy. Niestety wiem doskonale, że moje słowa trafiają w próżnię. :) To tyle. Do następnego!

Jeden komentarz

  • wendigo

    Być może ludzie Cię ignoują, pnieważ czują się tak samo z Twojej strony? nawet jeśli to nie jest zamierzone z Twojej strony… ja właśnie coś takiego zaobserwowałem – często mam wrażenie, że jestem jak powietrze… tylko że ja w sumie staram się być jak powietrze, to co się dziwić, że się udaje :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ