psychoterapia,  to ja

Odzyskać radość tworzenia

Dawno nic nie zamieszczałam, a przydałoby się. Poniższy wpis jest inspirowany krótką notką, którą jakiś czas temu wrzuciłam na mojego bloga z rysunkami.

…ale na początek wyjaśnię może kilka kwestii. Gdybym tak zaczęła się porównywać, to wyszłoby, że artystka komiksowa ze mnie marna – nie mam lajków, nie mam serduszek, nie mam fejmu, moje komiksy nie dotyczą modnych tematów, a moje postacie zdaniem potencjalnych czytelników nie mają imion ani osobowości – co najwyżej usłyszę czasem, że „ten gościu z lewej ma dziwną rękę”. Nie opanowałam do perfekcji żadnego stylu, nie umiem w rysunek realistyczny, a perspektywa też nie jest moją mocną stroną. Co nie zmienia faktu, że są osoby, które lubią to co tworzę. Cenią one właśnie moją oryginalność i fakt, że nie podążam za żadną modą. Oraz – że ciągle robię postępy w rysunku. To jednak nie przekłada się na żadną popularność, ani tym bardziej na jakikolwiek zysk. Moja sztuka nie jest fajna i rozchwytywana. Publikuję na różnych platformach i ilość moich followersów to na ogół dwadzieścia kilka osób.
Jakiś zasrany krytyk powie pewnie, że to dno i metr mułu, skoro nie mam co najmniej 10k obserwujących. Nie afiszuję się ze swoją twórczością – komu się podoba, termu się podoba, a wiem, że jeśli wyszłabym do naprawdę szerokiej publiczności – dostałabym hejty. Za bycie mną, tak jak dostawałam je przez całe życie. Nie jestem gotowa na zainteresowanie i nadmiar komentarzy, wszystko jedno jakich. Nie mam też ochoty czytać o tym, co powinnam poprawić i że to i to szwankuje – ja o tym wiem, może kiedyś poprawię swoje wyniki. A może nie. Publikuję swoje prace w sieci już bardzo długo, a takich faktycznie negatywnych komentarzy dostałam naprawdę malutko. Trzy, cztery? W ciągu kilkunastu lat.
Rysuję więc po cichu, dla siebie i tej garstki, nazwijmy to tak, fanów.
Wyznawałam zawsze zasadę „jeśli nie masz po co żyć – żyj na złość innym”. Tak, jakbym musiała cały czas udowadniać swoim prześladowcom, że będę sobą, będę żyć i tworzyć wbrew im wszystkim. I swoje rysunki też będę niezmiennie publikować, chociaż są „gównem”. Skąd takie słowo – wiadomo, że przez 20 kilka lat moja samoocena za sprawą „życzliwych” ludzi oscylowała gdzieś w okolicach dna rowu kloacznego. Spowodował to okres szkolny, kiedy słyszałam tylko, jak beznadziejnym przypadkiem jestem, w każdej możliwej dziedzinie. Powtarzaj to dziecku jak mantrę codziennie, a szybko uwierzy, że to prawda. „Koledzy” dołożyli swoje, a ja dorastałam w przekonaniu, że zasługuję na zło, które z każdej strony mnie spotyka, bo jestem zwykłym śmieciem.

Zaczęłam publikować swoje prace w internecie jakiś czas po maturze. Spotkały się z dość ciepłym przyjęciem. Był okres, że rysowanie stanowiło dla mnie również znakomitą terapię. I naprawdę dawało mi to sporo satysfakcji. Nie patrzyłam na ilość lajków czy komentarzy i na teksty „pani od rysunku” ze szkoły policealnej, która kwitowała moją twórczość „znowu te swoje ludziki rysujesz”. Po prostu, brałam ołówek, cienkopis, a potem piórko od tabletu i po prostu RYSOWAŁAM. Nie patrzyłam na anatomię, na perspektywę, na to co ktoś sobie może pomyśleć – TWORZYŁAM, to co chciałam, jak chciałam i jak potrafiłam. I była z tego kupa radości. A jak jeszcze komuś się spodobało, to już w ogóle była pełnia szczęścia. Tak było przez długi czas.

Ostatnio, a to ostatnio rozciągnęło się na dość długi okres, coś się jednak zmieniło. W najgorszych momentach zaczęłam to nazywać „artystyczną anhedonią”. Mało, że anhedonią – rysowanie stało się dla mnie źródłem frustracji i czasem wręcz rozpaczy. Były momenty, że kasowałam swoje różne profile – bo po co miały istnieć, skoro i tak nie miałam żadnego feedbacku ani zainteresowania? Skoro są tysiące lepszych artystów, mających tony atencji, nawet jeśli mi osobiście ich twórczość wcale się nie podoba?
Mój ziomek dziwił się, że aż tak zależy mi na tych lajkach, komentarzach i jakimkolwiek zainteresowaniu – przecież powinnam rysować przede wszystkim dla siebie, tak jak kiedyś. No i miał rację, ale źródła tego problemu są bardzo złożone. W pierwszej kolejności chodzi o olewanie i gnojenie mnie w dzieciństwie.
Nikogo nie obchodziło co mam do powiedzenia i co potrafię – wszak moje zainteresowania nie dotyczyły przedmiotów szkolnych i podstawy programowej. Wyrosłam w przeświadczeniu, że nic nie znaczę i nic nie umiem i w sumie w jakimś stopniu trzyma mnie to do dziś, przynajmniej w kwestiach artystycznych.
W drugiej kolejności… Hmm, chodzi tu o jeden z moich projektów komiksowych. Nazywam go potocznie „tajnym projektem”, bo faktycznie takim jest. Zaczęłam go rysować na przełomie 2017 i 2018 roku i był to bardzo ważny moment mojego życia – wtedy zrobiłam sobie porządek w głowie na tyle, że wróciłam do swoich dawnych zainteresowań. Przez kilka lat wzgardzonych, wywołujących dół, ból, poczucie beznadziei, kojarzonych z chorobą i całym złem mojego życia. Ale teraz wiem już, że to nie moje hobby było winne złu, które mnie spotykało. I pyk – wróciło, nagle i szybko. Postanowiłam zabrać się z a ten komiks, a byłam na niego napalona jak szczerbaty na suchary. …ale mimo to chciałam zachować, nazwijmy to tak, pełną konspirację. Miałam wielkie i szczere nadzieje, że trochę osób wykaże jakieś zainteresowanie, zada mi jakieś pytania i tak dalej – no przecież to MÓJ temat, prawda? A tymczasem po premierze – niespodzianka. Nikomu nie chciało się nawet wejść na komiksowego bloga – wpisanie kilkuliterowego hasła okazało się dla „zdeklarowanych miłośników mojej sztuki” wysiłkiem nie do pokonania. Statystyki nie kłamały – nie wchodził tam NIKT, mimo, że link i hasło podawałam potencjalnie zainteresowanym znajomym na tacy. Po prostu, najważniejszy projekt mojego życia, jak go wtedy nazywałam, tworzyłam dla nikogo i było mi naprawdę bardzo, bardzo przykro z tego powodu. Dałam od siebie to, co miałam wtedy najlepszego i najcenniejszego, a nikomu nawet się nie chciało tego przeczytać.
Potem zmieniłam trochę zasady publikacji – miałam nawet jakiś feedback, ktoś czasem o coś zapytał, ale generalnie ani historia, ani „klimat” (to niestosowane słowo, ale większość z Was i tak nie wie o czym był ten komiks) nikogo nie zainteresowały. Właściwie to ludzie byli ostrożni – na jakiekolwiek śmieszki z tematu, którego dotyczył mój komiks reaguję przesadną, irracjonalną agresją. Z rozumieniem kontekstu też było słabo, bo po prostu nikt się tym nie interesował.
Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że ciężkie i niszowe tematy sprzedają się słabo. Zwłaszcza, jeśli przy odbiorze trzeba dodatkowo ruszyć głową albo mieć jakąś wiedzę, którą – w tym przypadku – posiada bardzo niewiele osób. Próbowałam jeszcze zmajstrować jakieś tzw. redrawy tego komiksu, ale ostatecznie poniosłam porażkę. Temat jest za ciężki, moje umiejętności za niskie, koncepcje zmienne i nijakie, a wsparcie i motywacja praktycznie zerowe. Na razie, nie licząc może tworzenia jakichś pojedynczych rysunków, dałam sobie z tym spokój.

Jeśli powiem, że z całej tej historii nie wyszło nic dobrego – skłamię. Projekt bardzo pomógł mi rozwinąć mój styl i umiejętności. Nauczyłam się wielu przydatnych efektów w Photoshopie i innych programach graficznych. Rozwinęłam się. Ale był też skutek niepożądany – ta właśnie „artystyczna anhedonia” i poczucie, że skoro moja sztuka nikogo nie interesuje, to jest guano warta i nadaje się na śmietnik. Ludzie i tak wolą lekkie i polane lukrem historyjki, albo paski komiksowe, o których zapomną sekundę po przescrollowaniu walla.
Zdarzało mi się często psioczyć na tę sytuację tu i tam. Napisałam o tym nawet na DeviantArcie, ale kiedy dostałam komentarz od jakiegoś szura, szybko doszło do mnie, że nie powinnam się rozdrabniać w miejscach publicznych. Tak czy srak, tęsknię za tym co opisałam wcześniej – za tym, że TWORZYŁAM, nie patrząc na nic poza własną satysfakcją i radością. Gdzie to wszystko się podziało…?
…aż tu razu pewnego przydarzyła mi się miła niespodzianka. Zagadał do mnie na Instagramie mój dawny znajomy, również rysownik komiksów. Pisał mi, że przez social media też mu się odechciewa – bo wiadomo jak jest, ciężko się wybić i nie brakuje przeszkód, jak owe słynne skrypty ucinające zasięgi – bo też nie może się dostać do jakiejkolwiek sensownej publiki. Oraz, to będzie najważniejsze, stara się rysować regularnie dla nastoletniej wersji siebie, bo ten dzieciak jarałby się tymi komiksami. Dodał też, że pewnie mam problem z odbiorcami, bo mówię o dość poważnych i niesztampowych rzeczach, a wiadomo jak to się sprzedaje. No i ogólnie ucieszył się, że ciągle rysuję. :)
Skłoniło mnie to do długich przemyśleć z pozytywnym wynikiem. Może czas przestać widzieć w nastoletniej wersji siebie coś złego i, jak to się mawia, czysty krindż? Co było, a nie jest nie pisze się w rejestr… ale myślę, że nastoletnia wersja mnie bardzo by się jarała tym „tajnym projektem”. Nie w negatywnym znaczeniu, „bo była pojebana”. Tylko w tym drugim, bardzo pozytywnym – że w końcu mam możliwości, żeby opowiadać swoje historie, jakie chcę i jak chcę.
Znajomy poprawił mi wtedy humor na tyle, że zdecydowałam się narysować kolejną pracę. Radosną i przyjemną, przedstawiającą mnie sprzed kilku(nastu) lat, w otoczeniu moich ówczesnych postaci, które uwielbiałam rysować. Nie patrzę na anatomię, nie patrzę na poprawność, nie patrzę na lajki ani serduszka – RYSUJĘ, bo to daje mi RADOŚĆ.

I chociaż w Wiśle upłynęło dużo i jeszcze więcej wody, postacie zmieniły wygląd lub całkowicie odeszły do lamusa, zmienił się również mój styl (podobno na lepsze :)), oraz wzrósł tak zwany skill – rysując wspominaną tu pracę starałam się skupić właśnie na tych zakurzonych, radosnych aspektach rysowania. Poniekąd się udało.
A co najważniejsze – nie tylko się udało, ale i coś z tej radości zostało mi w głowie. Rysuję więcej i staram się skupiać na tych weselszych aspektach, nie dając dojść do głosu pesymistycznym, czarnym myślom.
…choć nie ukrywam, że pomaga mi w tym również terapia u mojej ulubionej terapeutki z dawnych czasów. Znalezienie namiarów i wznowienie terapii było, jak się okazało, bardzo proste. A ja w końcu mam poczucie, że przestaję kręcić się w kółko.

2 komentarze

  • wendigo

    „Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że ciężkie i niszowe tematy sprzedają się słabo.” – to prawda i tak jest w kązdej dziedzinie… ale jaka to frajda jak wtedy znajdzie się ktoś, kto ten konkretny niszowy temat, podziela! :) noo tylko że „tajność” bloga nie pomaga w tym żeby się znalazł… ;)

    • Kluskova

      Co do tej tajności bloga, to wiesz czemu tak było – nie miałam i nie mam ochoty na śmieszki, kpiny, krytykę albo co najmniej niezrozumienie. Zwłaszcza, że w różnym czasie różni ludzie zarzucali mi dziwne rzeczy, które nawet nie przeszłyby mi przez myśl… ale niektórzy znajdą negatywne dwudzieste dno we wszystkim. ¯\_(ツ)_/¯ Nie mam na to siły.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka).
Wykorzystywanie plików Cookie
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ