Jak sobie radzę, nie tylko w kuchni

Jak to często mawia mój znajomy schizofrenik z forum, w pewnym wieku jednak wypada dorosnąć, nawet jeśli jest się poważnie chorym na głowę. Przez „dorosnąć” rozumiemy tutaj samodzielność w codziennym życiu, co w przypadku niektórych zaburzeń nie jest wcale takie oczywiste.

I on, i ja jesteśmy na swoim, więc wiemy to i owo o dorosłym życiu na własny rachunek. Jego do zmian zmusiła sytuacja życiowa – oboje jego rodzice zmarli i nie miał wyjścia. Ja wyprowadziłam się po wejściu w związek, a i tak długo siedziałam w domu rodzinnym. I długo byłam dorosłą osobą, która myślała, że rzeczy robią się same podczas gdy ja mogę sobie siedzieć przy komputerku, mamusia podawała mi pod nos jedzenie, a ja jeszcze potrafiłam marudzić… Oczywiście rzeczy nie robiły się same, posiłki też się same nie przygotowywały, robiła to wszystko moja mama i często też ojciec, a ja miałam oczy w dupie i nie umiałam tego zobaczyć ani docenić. Ale już umiem, i to jest ważne.

W młodości (czasy liceum i później) byłam chyba mocno odklejona od rzeczywistości? W każdym razie rzeczy typu prace domowe czy gotowanie kompletnie mnie nie interesowały i nie paliłam się do ich poznania. Mój maks to było ogarnięcie swojego biurka i raz na jakiś czas ogólnie pokoju. Chyba było tak, że byłam zaślepiona swoją urojoną wizją świetlanej przyszłości albo nie planowałam dożyć do obecnego wieku, więc po co mi były takie „głupoty”.
Potem, mając 20-kilka lat, się trochę z tym ogarnęłam i zrobiłam nieco życiowych postępów – umiałam już sama gdzieś zadzwonić, a mama nie musiała ze mną chodzić do urzędu czy banku. Sama ogarniałam sobie lekarzy, recepty i tak dalej, nierzadko przełamując straszliwy lęk i stres. Samodzielnie korzystałam też z transportu publicznego. No i widzicie, nikt mnie nie pożarł, nie umarłam od tego i teraz takie sprawy przychodzą mi bez żadnego problemu.

Z gotowaniem było jednak trudniej. Bywało w przeszłości, że moja mama miała jakieś wyjazdy w pracy i na kilka dni zostawałam sama. Zdarzyło jej się również polecieć na dwa miesiące za granicę, w odwiedziny do siostry. Nie umarłam z głodu, ale jadłam byle szit – posiłki typu nuggetsy, do tego ziemniaki i jakaś kupna surówka, kupne pierogi, dania z mrożonki i tak dalej. Zero inwencji, ale chociaż przygotowywałam to sobie samodzielnie i miałam co jeść pod nieobecność mamy. Czasem wtedy poratowała mnie babcia lub ojciec.
Do gotowania zachęcił mnie dopiero mój partner, kiedy pomagałam mu w kuchni. Strach miał wielkie oczy, jak zawsze. Nie we wszystkim czułam się pewnie i moim umiejętnościom kulinarnym daleko do umiejętności mojego faceta, ale przygotowanie większości dań okazywało się łatwiejsze, niż kiedykolwiek sądziłam. Nie święci garnki lepią, i takie tam.
Byłam przekonana, że nigdy w życiu nie zrobię np. dobrego puree (nigdy nawet nie próbując go zrobić), a tymczasem jak w końcu je przyrządziłam, to dorównałam mojej śp. babci. :)

Teraz mieszkamy sami i musimy radzić sobie sami w codziennych obowiązkach. Mama nie poda pod nos, ale też mama nie suszy głowy ani nie truje. :) Życie na swoim – obojętnie czy z konieczności czy z wyboru – wymusza radykalne zmiany pewnych „dziecinnych” nawyków. Człowiek zaczyna się interesować tym, co dzieje się dookoła. No bo jak nie zrobimy sobie prania – to zostaniemy bez czystych gaci. Jak lodówka się opróżni – będzie pusta. Jak nie zrobimy sobie jedzenia – będziemy głodni. A jak nie zapłacimy rachunków, to będziemy mieć przewalone. Tak samo jak wtedy, gdy wydamy wszystkie pieniądze na głupoty.
Jasne, są dni, że ma się ochotę tylko leżeć i kwiczeć – ale rzeczy do zrobienia nie znikną. W czasie gorszych dni do działania motywują mnie nasze zwierzęta i ich dobro – nie mogłabym pozwolić, żeby przez mój dołek zwierzaki nie dostały jeść, psica nie poszła na spacer, a kotki miały brudne kuwety.

Nauczyłam się mnóstwa rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niepotrzebne lub nieosiągalne. Po pierwsze właśnie gotowania i jakiejś inwencji w kuchni – czasem mój partner, a czasem ja mamy jakiś pomysł i zawsze wymyślamy jakiś obiad, mniej lub bardziej skomplikowany. Po drugie, pilnowania rachunków, rat i innych rzeczy – tego akurat nauczyła mnie mama, przychodzi pensja/emerytura/renta, to najpierw należy zrobić wszystkie opłaty choćby nie wiem co. Po trzecie, prozaiczne sprawy typu kiedy kupić mydło, kapsułki do zmywarki, płyn do prania itp. – ręka trzymana na pulsie. To samo z karmą i żwirkiem dla zwierzaków albo tabletkami przeciw kleszczom dla psicy.

I ok, mam pełną świadomość faktu, że w oczach zdrowego psychicznie, dorosłego człowieka piszę tu jakieś straszne banały. Ale właśnie, kluczowe jest tu pojęcie „zdrowy psychicznie”. Ludzie z poważnymi zaburzeniami psychicznymi funkcjonują po prostu inaczej, a część z nich nigdy nie osiągnie podstawowej samodzielności, która pozwoli im przeżyć (dosłownie) bez pomocy rodziców czy opiekunów. Ale szczęśliwie nie każdy jest takim ciężkim przypadkiem – często to faktycznie kwestia „ogarnięcia się”, czyli pracy nad sobą.
…do której serdecznie wszystkich zachęcam. :)

Subskrybuj
Powiadom o
guest
9 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze
btn

Najlepsze wyzwania to: ugotuj coś mając ograniczone, losowe zapasy w lodówce. Tu z pomocą przychodzi AI ale z tymi jej przepisami to radzę uważać. My czasem, jak nam się totalnie nie chce robić albo są braki w lodówce to gotujemy ziemniaki a osobno robimy jajo/jaja sadzone. Potem na ziemniaki dajemy jaja i jest elegancki pożywny obiadzik.

btn

Jakbym miał dom to bym sobie kupił taką zamrażarkę sklepową ze szklanymi drzwiami od góry :) Tam by się zmieściło z 15kg pierogów, mięsiwa i jakieś fastfoody: od sajgonek z makro po jakieś fryteczki i inne lody :D

kacper137

Ja się dalej uczę mieszkania z mamą i bliskimi. Powiem Ci, że zaliczyłem ostatnio pewien progres. Zajmuje się trochę kuchnią. Coś tam wymyję, coś włoże do zmywarki. Ale teraz prawdziwy sukces jest taki, że dwa razy w tygodnie z dużym zapałem gotuję obiad.

Trzeba się dogadać z domownikami, kimkolwiek by nie byli..

https://jedentrzysiedem.blogspot.com/

czerwonafilizanka

Najmocniejsze jest dla mnie to, że nie lukrujesz dawnej siebie, ale też jej nie kopiesz. Widzisz, ile lęku było w tych pozornie zwykłych rzeczach — telefonie, urzędzie, lekarzu, gotowaniu — i że każda z nich została jednak oswojona. Puree dorównujące babci to przecież nie tylko puree. To bardzo konkretne „potrafię”.
I zwierzęta jako kotwica w gorsze dni… to jest ogromnie prawdziwe. Można leżeć i kwiczeć, ale psica nadal ma swoje sprawy do załatwienia, a koty, jak wiadomo, są związkiem zawodowym z bardzo stanowczą polityką wobec brudnej kuwety.

R.A. Ciężka

Gotować też zaczęłam gdy poszłam na swoje. Przy mamie nie wyrabiałam, żeby jej pomagać :P. Nadal robię powoli, zerkam ciągle do przepisów, mój partner gotuje tysiąc razy lepiej ode mnie, bo też po prostu lubi to robić. Ja nie ale nie taki diabeł straszny. Jak on ma więcej pracy to obiad zrobię, jak chcę coś sama spróbować wykombinować to wykombinuję, nawet dobrą pizze robię :P. Za to lubię sprzątać. Nie jestem pedantyczna czy coś ale po prostu relaksuje mnie tam odkurzenie, pościeranie, czy poukładanie czegoś w szafkach. Za to wizyty w urzędach, u lekarzy itp dalej przyprawiają mnie o mdłości. Coraz więcej rzeczy można załatwić wirtualnie, to z jednej strony lepiej dla mnie, z drugiej gorzej, bo nie trenuję ogarniania się :P