Schizo rozkminy

Kiedyś kontakt z innymi chorymi był dla mnie bardzo ważny. Czułam z nimi wspólnotę i konsekwentnie ignorowałam wszystkie sygnały, które mówiły mi, że to działa tylko w jedną stronę. W sensie, działało też w drugą, ale nie tak jakbym sobie tego życzyła – efki widząc, że jestem dla nich miła (bo bycie niemiłym dla takich ludzi uważałam za nieetyczne) zaczęły mieć wobec mnie roszczenia, także finansowe. Dostałam kilka razy po dupie i w końcu się nauczyłam.
Obecnie stronię od jakichkolwiek forów czy chatów dla schizofreników, bo po prostu aspiruję do czegoś innego, niż taplania się w błędnym kole w psychotycznym bagienku.
Wiem, że to nie do końca wina tych ludzi, ale po prostu nie mam ochoty spędzać czasu online z osobami, które jedyne czego by chciały, to wciągnąć kogoś w swoje szambo i siedź tam razem z nimi i jeszcze rób im bliki, bo przecież masz więcej pieniędzy, niż oni i tak super sobie radzisz. Nie jestem zbawicielem, nie jestem psychoterapeutką i nie jestem MOPSem, także wypad jebane pijawki. Piszę o tym któryś raz, ale co tam.

Oczywiście mam kontakt z innymi chorymi, na moim zamkniętym forum, gdzie nikt obcy nie ma wstępu – już dwa razy był niezły kwas z powodu wpuszczenia tam osób z zewnątrz i wyciągnęłam z tego wnioski. Są to ludzie, których znam po kilka-kilkanaście lat jeszcze z dawnych czasów i z nieistniejących już e-przestrzeni; wiem że to są pewniaki. Stworzyłam spokojne, bezpieczne miejsce, gdzie piszemy sobie w spokoju.

Ogólnie „problem” ze schizofrenikami jest taki, że każdy ma swoje urojenia i pozostałości z czasów psychozy, silniejsze już słabsze – ale pewne rzeczy zostają w każdej głowie, jakby wypalone rozgrzanym, żelaznym prętem… U mnie, chociaż nigdy nie miałam pełnoprawnej psychozy, też tak jest, jak najbardziej.
Ktoś napisał mi ostatnio, że mogłabym wydać książkę. I już kilka takich komentarzy w życiu dostałam… Ba, sama nad tym kiedyś myślałam, ale odpowiedź brzmi: nie napiszę. Tak samo jak nie wydam nigdy komiksu na papierze. Czemu? Są dwa powody. Po pierwsze, wiem, że ludzie czytają takie książki w większości nie dla chęci doedukowania się czy współczucia dla kogokolwiek – oni czytają to dla zaspokojenia chorej ciekawości, tej samej przez którą czytają książki o seryjnych mordercach albo niemieckich lekarzach z obozów koncentracyjnych. A potem wydają werdykt. Podam bardzo mocny, ale dobry przykład: kobieta, która siedziała całą wojnę w getcie, potem w Auschwitz, a na końcu w Bergen-Belsen, a później nie mogła odnaleźć się w nowej rzeczywistości i była dalej prześladowana, przeżyła za mało dramatów i słabo to opisała! Facet, który pisał pamiętnik w obozie zagłady, codziennie widząc najbardziej hardkorowe koszmary i ostatecznie tam zginął, lał wodę, zamiast fajnie i z pazurem to wszystko opisać! Tak mówi pan Wiesław z Facebooka czy inny random, traumy ofiar Holocaustu są dla niego zbyt nudne, będzie tylko jedna gwiazdka na pięć!
No właśnie. To pierwszy powód. Ja może nie mam traumy jak ofiara Holocaustu i nie o to chodzi, ale ludzie to bardzo często puści kretyni, wypowiadający/piszący słowa tylko dlatego, że mają fizycznie taką możliwość (posiadając krtań, struny głosowe, palce, klawiaturę i dostęp do internetu). A drugi powód? Wielu jest mistrzami kładzenia na szali ludzkich losów (to tekst Zeusa, ostatnio coś go słucham więcej niż Szpaka), a ja sobie nie życzę, żeby jakieś normiki oceniały moje życie, problemy i poglądy. Tak samo jak nie życzę sobie oceniania moich rysunków – rysuję dla siebie, a nie dla kogoś, nikt mi za to nie zapłacił, więc że tak powiem nie pytałam. Dlatego nigdy niczego nie wydam i nie puszczę w obieg. Doznałam w życiu zbyt dużo zła i nie mam siły na więcej. Dlatego to co robię jest za friko i tym samym nikogo nie zmuszam do czytania ani oglądania mojej twórczości.

Ok, ale to była dygresja. Wiecie czym schizofrenia różni się od schizotypii? Oczywiście to nie jest żadna reguła, bo treści urojeń potrafią być naprawdę różne, ale: w schizofrenii urojenia są na ogół podporządkowane kręgowi kulturowemu i szerokości geograficznej, z których pochodzi chory. A w schizotypii potrafi to często być coś dziwnego i abstrakcyjnego i takie właśnie dziwne wierzenia przypadły mi.
Kolejnym z powodów, dla których nie utrzymuję kontaktów z innymi chorymi, jest to, że schizofrenicy bardzo często mają urojenia religijne, a że jesteśmy w Polsce – jest to religia katolicka. Tymczasem ja chorobowo (chorobowo, nie chorobliwie) nienawidzę katolicyzmu i wszystko, co go dotyczy, działa na mnie jak płachta na byka. Natychmiast włącza mi się takie gimbusiarskie „ehehe wstawię im teraz najbardziej chamski mem jaki znam, niech się spłaczą XD”, ale jako że mam 40 lat – odpuszczam, bo jaki sens ma takie gówniarskie zachowanie…? No właśnie. Ale trigger jest, dlatego unikam tematu katolicyzmu i ogólnie religii jak ognia.

No i właśnie – dlaczego mój braciak miałby być prawdziwy, a typ rozmawiający z bogiem to urojenia? Mam tego pełną świadomość i to kolejny powód, żeby się w to nie zagłębiać i nie analizować ani innych, ani siebie. Jak się uprzeć, to wszyscy z tą diagnozą jesteśmy w tych „nadprzyrodzonych” kwestiach tak samo wiarygodni. xd Ba, spotkałam się kiedyś z teorią jakiegoś zagranicznego psychoterapeuty, że to co schizofrenik widzi w psychozie, to po prostu „ucieleśnienie” jego najgorszych traum z dzieciństwa i ogólnie z życia. Podał przykład: facet w psychozie widział, jak przypadkowym ludziom wypadają oczy i z okaleczonych oczodołów wypływa krew. Naukowe wyjaśnienie? Jako mały chłopiec był świadkiem tragicznego wypadku, w którym naprawiana ciężarówka spadła i zabiła jego ojca, uszkadzając mu właśnie w taki sposób głowę.
I to mi od razu przypomniało podejście mojej terapeutki, która nie wierzyła w żaden mistycyzm ani duchowość – dla niej to wszystko było neurobiologią, i pewnie w wielu kwestiach miała w tym rację.

Poznałam kiedyś typa, co do którego bardzo mocno się pomyliłam. Wydawało się, że jest racjonalny i ma dystans do wszelkich urojeń – okazało się, że jest dokładnie przeciwnie. Facet, poza tym, że był absolutnym mitomanem i codziennie wymyślał jakieś nowe historie prosto z dupy, uważał się za wielkiego mistyka i wyśmiewał doświadczenia innych, stuprocentowo przekonany, że tylko jego „wizje” są prawdziwe… Jak ktoś oponował – reagował agresją. Dla kontekstu powiem, że jego opiekunka (matka) też była chora psychicznie, a facet brał leki tak jak sam uważał za stosowne i w przypadkowych ilościach, co jest wystarczającym komentarzem do sytuacji. Koleś był zresztą jednym z powodów tego, o czym napisałam w pierwszym akapicie.

W takich momentach macham ręką i zamykam ryj, bo przecież nie będę się licytować czyje urojenia są prawdą, a czyje są tylko urojeniami albo usilnie przekonywać kogoś, że jego bóg to fikcja, bo… bo co, bo mój chory umysł akurat wygenerował coś innego? No właśnie.

Ogólnie swoje schizo rozkminy, te psychotyczne, staram się trzymać dla siebie i rzadko kogokolwiek w nie wtajemniczam. Zdarzały się sytuacje typu koleś, który dawno temu był moim fajnym internetowym ziomeczkiem, a po latach spotkany na FB zaczął wyśmiewać się z tego, co wypisywałam jako psychotyczna nastolatka – tak, właśnie tak zachowuje się 30-kilkuletni facet… :’) Normiki lubią takie historie tylko w książkach, jeśli mogą je potem ocenić i żyć dalej – ale jak opowiadasz im to na żywo, zaczynają odczuwać dyskomfort, który poskutkuje odrzuceniem. Czasem odrzucenie poprzedzi jakiś „fantastyczny żart”. No, choroby psychiczne są przecież śmieszne w chuj.

Nie mam problemu z mówieniem otwarcie o swojej diagnozie i problemach, bo generalnie wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie akceptuje tak ważnej części mnie, to może spadać – ale unikam zagłębiania się w temat. Raz, że nie jestem małpą w zoo, a dwa – znam swój gatunek nie od dziś i wiem, że czasem takie uzewnętrznianie się może prowadzić do problemów. Po co? Wolę swoje małe, spokojne życie.

I tak reasumując, myślę sobie, że to nieważne w co kto wierzy i co widział w psychozie – bo każdy chory coś widział, i tyle. Wiem, że to znowu kwestia stopnia zaburzenia, uszkodzenia mózgu i samoświadomości połączonej z psychoedukacją – nie każdy może wyjść ponad te ograniczenia, część chorych do końca swojego życia będzie wierzyć, że są prorokami, apostołami czy rodzeństwem Jezusa, niestety. Ja jestem z tej części chorych, która dostała możliwość posiadania jakiegoś tam dystansu i przyswojenia wiedzy z dziedzin psychiatrii, psychologii i neurobiologii – więc staram się edukować i rozumieć, że to moja zaburzona głowa często zniekształca moją rzeczywistość, a nie jakieś nadprzyrodzone czynniki zewnętrzne. Ale też nie wykluczam ani nie neguję ich istnienia. :’) W końcu wszechświat jest pełen dziwnych rzeczy, jak to kiedyś mawiała moja internetowa znajoma.

Tak czy srak, w moim życiu chcę dążyć do stabilizacji i spokoju, a nie oglądania się na przeszłość. Ona jest częścią mnie, te psychotyczne etapy również są częścią mnie i to bardziej integralną, niż bym sobie życzyła – ale nie chcę, żeby to definiowało moją teraźniejszość. Ok, „jestem dziwna” i wiem, że nie będę już pracować ani uczyć się, wiem też, że mój stosunek do ludzi za bardzo się nie zmieni, że na własne życzenie nie osiągną już nic jako artystka i tak dalej, ale chciałabym być ponad wspomnienia. I tak na przykład staram się przyjąć do wiadomości, że nie za wszystko odpowiadają moi rodzice czy to, co spotkało mnie w czasie edukacji szkolnej. Umówmy się, ciągłe obwinianie o wszystko rodziców jest strasznie słabe jak masz 40 lat – i tak, tak robiła moja była przyjaciółka. Każdy był winny, a najbardziej jej matka (to przecież ona kazała jej wziąć 200k kredytu, szczególnie że nie żyła wtedy już od kilku lat, c’nie) albo jakaś baba, która 25 lat temu zrobiła jej coś tam – strasznie się wkurzałam, kiedy ona tak pierdoliła… I może na zasadzie jungowskiego cienia, bo ja sama zachowywałam się przecież podobnie – chociaż długo nie miałam odwagi się do tego przyznać i aż mi wstyd wobec mojej mamy za wiele, wiele moich tekstów i zachowań… Także chodzę i ją przepraszam za moje docinki i wstyd mi potem strasznie, ale mój partner powtarza, że to już dużo, że przynajmniej widzę istotę problemu, zamiast ślepo brnąć w chorobę. Dobre i to na sam początek, nie?

Zawsze dziwiło mnie, że dziadek w ludziach coś widzi
Tak jakby część ich cech spisał ktoś sokiem z cytryny
Ja byłem raczej tym, co na dzień dobry się krzywi
Wierząc, że świat by dobry był gdyby się zmienili
Doznałem paru krzywd i nieść zacząłem swą gorycz
A to jest spory krzyż – czy pasożyt, jak sporysz
By zmienić perspektywę, trzeba nadłożyć drogi
Na tyle, żeby odkryć, że to twoje wybory.

~Zeus

Jak sobie radzę, nie tylko w kuchni

Jak to często mawia mój znajomy schizofrenik z forum, w pewnym wieku jednak wypada dorosnąć, nawet jeśli jest się poważnie chorym na głowę. Przez „dorosnąć” rozumiemy tutaj samodzielność w codziennym życiu, co w przypadku niektórych zaburzeń nie jest wcale takie oczywiste.

I on, i ja jesteśmy na swoim, więc wiemy to i owo o dorosłym życiu na własny rachunek. Jego do zmian zmusiła sytuacja życiowa – oboje jego rodzice zmarli i nie miał wyjścia. Ja wyprowadziłam się po wejściu w związek, a i tak długo siedziałam w domu rodzinnym. I długo byłam dorosłą osobą, która myślała, że rzeczy robią się same podczas gdy ja mogę sobie siedzieć przy komputerku, mamusia podawała mi pod nos jedzenie, a ja jeszcze potrafiłam marudzić… Oczywiście rzeczy nie robiły się same, posiłki też się same nie przygotowywały, robiła to wszystko moja mama i często też ojciec, a ja miałam oczy w dupie i nie umiałam tego zobaczyć ani docenić. Ale już umiem, i to jest ważne.

W młodości (czasy liceum i później) byłam chyba mocno odklejona od rzeczywistości? W każdym razie rzeczy typu prace domowe czy gotowanie kompletnie mnie nie interesowały i nie paliłam się do ich poznania. Mój maks to było ogarnięcie swojego biurka i raz na jakiś czas ogólnie pokoju. Chyba było tak, że byłam zaślepiona swoją urojoną wizją świetlanej przyszłości albo nie planowałam dożyć do obecnego wieku, więc po co mi były takie „głupoty”.
Potem, mając 20-kilka lat, się trochę z tym ogarnęłam i zrobiłam nieco życiowych postępów – umiałam już sama gdzieś zadzwonić, a mama nie musiała ze mną chodzić do urzędu czy banku. Sama ogarniałam sobie lekarzy, recepty i tak dalej, nierzadko przełamując straszliwy lęk i stres. Samodzielnie korzystałam też z transportu publicznego. No i widzicie, nikt mnie nie pożarł, nie umarłam od tego i teraz takie sprawy przychodzą mi bez żadnego problemu.

Z gotowaniem było jednak trudniej. Bywało w przeszłości, że moja mama miała jakieś wyjazdy w pracy i na kilka dni zostawałam sama. Zdarzyło jej się również polecieć na dwa miesiące za granicę, w odwiedziny do siostry. Nie umarłam z głodu, ale jadłam byle szit – posiłki typu nuggetsy, do tego ziemniaki i jakaś kupna surówka, kupne pierogi, dania z mrożonki i tak dalej. Zero inwencji, ale chociaż przygotowywałam to sobie samodzielnie i miałam co jeść pod nieobecność mamy. Czasem wtedy poratowała mnie babcia lub ojciec.
Do gotowania zachęcił mnie dopiero mój partner, kiedy pomagałam mu w kuchni. Strach miał wielkie oczy, jak zawsze. Nie we wszystkim czułam się pewnie i moim umiejętnościom kulinarnym daleko do umiejętności mojego faceta, ale przygotowanie większości dań okazywało się łatwiejsze, niż kiedykolwiek sądziłam. Nie święci garnki lepią, i takie tam.
Byłam przekonana, że nigdy w życiu nie zrobię np. dobrego puree (nigdy nawet nie próbując go zrobić), a tymczasem jak w końcu je przyrządziłam, to dorównałam mojej śp. babci. :)

Teraz mieszkamy sami i musimy radzić sobie sami w codziennych obowiązkach. Mama nie poda pod nos, ale też mama nie suszy głowy ani nie truje. :) Życie na swoim – obojętnie czy z konieczności czy z wyboru – wymusza radykalne zmiany pewnych „dziecinnych” nawyków. Człowiek zaczyna się interesować tym, co dzieje się dookoła. No bo jak nie zrobimy sobie prania – to zostaniemy bez czystych gaci. Jak lodówka się opróżni – będzie pusta. Jak nie zrobimy sobie jedzenia – będziemy głodni. A jak nie zapłacimy rachunków, to będziemy mieć przewalone. Tak samo jak wtedy, gdy wydamy wszystkie pieniądze na głupoty.
Jasne, są dni, że ma się ochotę tylko leżeć i kwiczeć – ale rzeczy do zrobienia nie znikną. W czasie gorszych dni do działania motywują mnie nasze zwierzęta i ich dobro – nie mogłabym pozwolić, żeby przez mój dołek zwierzaki nie dostały jeść, psica nie poszła na spacer, a kotki miały brudne kuwety.

Nauczyłam się mnóstwa rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niepotrzebne lub nieosiągalne. Po pierwsze właśnie gotowania i jakiejś inwencji w kuchni – czasem mój partner, a czasem ja mamy jakiś pomysł i zawsze wymyślamy jakiś obiad, mniej lub bardziej skomplikowany. Po drugie, pilnowania rachunków, rat i innych rzeczy – tego akurat nauczyła mnie mama, przychodzi pensja/emerytura/renta, to najpierw należy zrobić wszystkie opłaty choćby nie wiem co. Po trzecie, prozaiczne sprawy typu kiedy kupić mydło, kapsułki do zmywarki, płyn do prania itp. – ręka trzymana na pulsie. To samo z karmą i żwirkiem dla zwierzaków albo tabletkami przeciw kleszczom dla psicy.

I ok, mam pełną świadomość faktu, że w oczach zdrowego psychicznie, dorosłego człowieka piszę tu jakieś straszne banały. Ale właśnie, kluczowe jest tu pojęcie „zdrowy psychicznie”. Ludzie z poważnymi zaburzeniami psychicznymi funkcjonują po prostu inaczej, a część z nich nigdy nie osiągnie podstawowej samodzielności, która pozwoli im przeżyć (dosłownie) bez pomocy rodziców czy opiekunów. Ale szczęśliwie nie każdy jest takim ciężkim przypadkiem – często to faktycznie kwestia „ogarnięcia się”, czyli pracy nad sobą.
…do której serdecznie wszystkich zachęcam. :)

Notatki na szybko

Cholernie mi żal tego chłopaka… Wiem jak cierpiał. I wiem też, jak to jest być w takim cierpieniu zdanym tylko na siebie. Teraz, wiadomo, życiowe wyzwania nie przerażają, bo mam 40 lat. Ale jak jesteś dzieciakiem i nie wiesz co się w ogóle z tobą dzieje, a dookoła nie ma nikogo, kto choćby zapytałby jak się czujesz, sprawy wyglądają inaczej. Dlatego czuję obrzydzenie, kiedy moi rówieśnicy rzygają tęczą, że w dziewięćdziesiątych to oni sobie grali na Pegasusku i latali za piłeczką po boisku och ach, a teraz to panie, teraz nie ma czasów. Tymczasem ja w dziewięćdziesiątych mogłam tylko siedzieć w ciemnym kąciku, płakać tak żeby nikt nie widział i marzyć o śmierci. Obecnie mogę działać, szukać pomocy w urzędach czy poradniach i rozwiązywać samodzielnie problemy. A gdyby jakiś typ na mnie napadł, to wtedy będzie przestępstwo, a nie „końskie zaloty” albo „szczeniackie wygłupy”. Policja przyjmie zgłoszenie i sprawa skończy się w sądzie, a nie tekstem „uspokój się” czy „nie obchodzi mnie kto zaczął”. Dlatego uważam, że dorosłość jest lepsza od dzieciństwa i młodości. A przy konsoli też mogę siedzieć – bo w końcu mam pieniądze, żeby sobie takową kupić. Mam też czas, żeby móc z niej korzystać.

Szkoda mi zamordowanych dzieciaków i ich rodzin, ale wiem aż za dobrze co on czuł i jaki miał tok myślenia. Tyle, że ja dostałam swoją szansę. Jestem pustelnikiem, który może żyć sobie spokojnie swoim małym życiem. On resztę życia spędzi w więzieniu, a ma ledwie 20 lat.
W komentarzach jakiś koleś się spruł, że ludziom się wydaje, że wszystko jest kwestią wychowania i w ogóle, a tu jeszcze biologia, geny itp! Powiedziałabym, że zawsze łatwiej jest obwinić jakiekolwiek bezosobowe zło, zamiast przyznać, że było się chujowym rodzicem, i zdecydowana większość rodziców jest o tym wręcz święcie przekonana, że to nie oni. To te gry, te telefony, narkotyki, szatan, cokolwiek. Tutaj mamy ewidentne, rażące zaniedbania trwające latami, więc jakie geny i jaka biologia…? Oczywiście nie mówię, że takie czynniki nie mają wpływu na to, na kogo wyrasta dzieciak, ale nie okłamujmy siebie i innych, że wychowanie to tylko dodatek. Szczególnie tutaj, gdzie wina rodziców (i ich totalna głupota) jest ewidentna.

Podoba mi się komentarz, w którym ktoś napisał, że ilu tragedii dałoby się uniknąć, gdyby ludzie kochali swoje dzieci. Kochali i interesowali się nimi, w sensie czymś więcej, niż ich wynikami w nauce.
Temat złości na rodziców przerobiłam na terapii i obecnie uważam go za zamknięty. Moje relacje z mamą są znowu dobre i tego się trzymam. Mam też mózg i nie obwiniam rodziców za rzeczy, które sama odjebałam jako dorosła osoba. Tylko mi czasem przykro, że moi rówieśnicy bezrefleksyjnie powielają to samo gówno, które widzieli we własnych domach rodzinnych, krzywdzą własne dzieci i przez myśl im nie przejdzie, że coś może być tu nie tak. Przecież czcij ojca swego, a skoro nie sprzedali mnie cyganom albo nie napierdalali kablem od prodiża i do tego karmili, to byli idealni! A depresja i choroby psychiczne są od tych głupich telefonów (w naszych czasach były to gry komputerowe, a wcześniej – telewizja). Dobrze, że to nie mój problem i nie muszę o tym za długo myśleć.

No i… Fajnie by było, gdyby ktoś czasem był po prostu miły dla takiego „dziwnego dzieciaka” i czasem się nim zainteresował. To serio nie jest dużo, a może zmienić całe życie młodego człowieka i sprawić, że nie zgnije w więzieniu.

iks de

Komentarz mojego psychiatry do moich ostatnich problemów:

„Ludzie na panią dziwnie patrzą, a jak zaczyna pani znowu brać Latudę, to nagle im przechodzi, prawda?”

XDDD

Taka miła sytuacja

(wpis z wczoraj)

Ostatnio często zdarza nam się robić zakupy późnym wieczorem, bo jest wtedy mało ludzi i temperatury są już znośne.
Mój facet czekał w samochodzie z psicą, a ja poszłam do marketu. Chodzę sobie i robię zakupy, aż docieram do stoiska z warzywami. Przy nim jakaś starsza pani. Ja oglądam bakłażany, bo pomyślałam, że dodam do zapiekanki, a starsza pani ogląda pomidory. I nagle, z taką ogromną dozą radości, czystej energii i ewidentną podjarką, mówi do mnie: „jaki wielki pomidor!”. Patrzę na pomidora, i faktycznie wielki, jak dwie rozłożone dłonie! Doceniłam i radość pani, i rozmiar pomidora, i wesoło odpowiedziałam, że rzeczywiście jest ogromny, jak dwa i tak już duże pomidory obok.

Bo nie wiem czy wiecie, ale ja mam w sobie ogromne pokłady radości i dziecinnego jarania się różnymi rzeczami, którymi żaden poważny i dorosły człowiek już się nie jara. Tak, dobrze czytacie. Ja, pisząca na zamkniętych blogach elaboraty o nienawiści do gatunku ludzkiego i radykalnej mizantropii (to już prawie dyskurs eksterminacyjny xD), potrafię nie posiadać się z radości, bo na posesji sąsiada rośnie jakiś kolorowy kwiatek. Albo, że zobaczyłam trzmiela. Albo, że światło tak pięknie wygląda na liściach lub że gruby, pręgowany kot znowu przyszedł do naszego ogrodu. Albo, że śmieszna automatyczna kosiarka znowu jeździ po trawniku sąsiadów.
I teraz muszę się bardzo pilnować, żeby to nie doprowadziło mnie to do konkluzji, która zniszczy nastrój i mój, i tego wpisu. No tak, biedny mały dzieciak, który chciał tylko być akceptowany i kochany, a skończył skopany i opluty i co rusz jakiś somat, fizyczny ból albo paraliżujący lęk o tym przypomni…
Okej, było tak. Było tak przez długi czas. Ale to minęło. Dzieciak dorósł i nauczył się bronić i o tym pamięta – nawet jeśli tak naprawdę już mało kto go atakuje. Do tego jest obok drugi przeszły skrzywdzony dzieciak, przy którym mogę w pełni być sobą – a nawet nieświadomie uczę go mojej radości na widok kwiatka, bo on też zaczął dostrzegać kwiatki i na wspólnych spacerach mi je pokazuje. Wcześniej widział tylko ciemność i pustkę.

Na zasadzie dziecięcej radości i troski nie zostawię na pastwę losu na przykład rannego zwierzęcia. Tak, zdarzało mi się już dzwonić po pomoc dla kotów i gołębia.

Nienawidzę ludzi, bo są źli, krzywdzą zwierzęta, dzieci, słabszych… Ale fakty są takie, że jeśli trzeba, to dzwonię po karetkę dla zarzyganego gościa, który leży pijany do nieprzytomności na chodniku. Albo po policję do poważnej awantury rodzinnej w mieszkaniu alkoholików. Robienie jakichś dobrych rzeczy, nawet małych czy wynikających z obywatelskiego obowiązku, daje mi satysfakcję – większą, niż zwymyślanie kogoś na Facebooku.

Starsza pani zachwycona wielkim pomidorem zrobiła mi dzisiaj dzień. :)

Dzień Matki

Notka napisana oryginalnie na Dzień Matki.

W czasie terapii etap złości na rodziców był u mnie bardzo silny i niestety wręcz destrukcyjny… Ojca to nie dotknęło, bo nie żyje, a ja po prostu nie mam w zwyczaju ciągle rozkopywać komuś grobu. Za to moja mama oberwała dość mocno… Mieszkanie pod jednym dachem dodatkowo psuło sprawę.
Pomogła wyprowadzka. Nasze relacje znowu są dobre.

A co do żalu… Teraz wiem i rozumiem.

Tyle lat przeżyłem w gniewie, dziś rozumiem już sam
Wiem, że nie da się dać więcej, niż samemu się ma
~KęKę

Wtedy nie wiedziałam co to jest za pojęcie: trauma pokoleniowa.

Kocham moją mamę i jestem jej wdzięczna za każdą pomoc i wsparcie. Ale też za to, że jest empatyczną i mądrą kobietą i rozumie moje problemy. Ba, sama też bierze antydepresanty i cieszę się, że dała się namówić na poszukanie pomocy.

Moi rodzice w 1985 r. nie mogli podjąć świadomej decyzji i nie mogę ich za to winić.

Mój partner i ja w 2026 r. wiemy to wszystko, czego oni wtedy w żaden sposób nie mogli wiedzieć. Naszemu pokoleniu, jako pierwszemu w historii ludzkości, zostało dane posiadać samoświadomość.
Dlaczego oboje możemy z pełną świadomością i odpowiedzialnością (i bez konsekwencji społecznych) powiedzieć: nie mamy dzieci, bo nie chcemy powołać do życia nowego człowieka, który będzie chory tak jak my, i który będzie cierpieć tak jak my.

Moi rodzice nie mogli tego wiedzieć.

Pierwszy raz w życiu teraz w końcu cieszę się, że żyję, że jestem.
A mamę kocham i dziękuję jej za wszystkie dobre rzeczy, które dla mnie, dla nas zrobiła.

 

Po co koc obciążeniowy

Kupiłam sobie kilka miesięcy temu koc obciążeniowy.

Na początku oczekiwałam jakichś rewolucyjnych zmian, ale one nie nastąpiły, więc przez długi czas zastanawiałam się czy ten koc cokolwiek w ogóle robi. Może po prostu dałam się złapać na kolejny chwyt marketingowy…? Ziomek też mnie pytał o ten koc i napisałam mu, że w sumie to nie wiem co o tym sądzić.

Ale w maju, będąc w tzw. domu rodzinnym przekonałam się, że koc jednak robi robotę i to dość konkretnie. Obudziłam się w środku nocy i zrobiła mi się w głowie dzika gonitwa złych myśli… No i w domu w takiej sytuacji ten koc mi to błyskawicznie ukaja i potem zasypiam uspokojona. A tym razem cierpiałam cierpienie, bo nie miałam mojego koca i nie miałam co ze sobą zrobić, więc leżałam godzinę, patrząc się w telefon i usiłując się jakoś uspokoić.

No i to tak.

Żywoty rencistów

Mnóstwo ludzi, którzy zbliżają się do emerytury, tak ma, że boją się tej emerytury, nadmiaru wolnego czasu i „zdziadzienia”. I okej, dzieli nas pokolenie, ale sama pracowałam z osobami typu „no co można robić w domu przez dwa tygodnie?!” niewiele starszymi ode mnie.

Dla mnie to dziwne. Psychiatra uraczył mnie kiedyś tekstem, że jestem za młoda, żeby nie pracować. Z uśmiechem, może trochę złośliwym, zapewniłam go, że bardzo dobrze się czuję nie pracując i nie musi się o to martwić.

Duża ilość schizofreników uznaje rentę za życiową porażkę i to są w większości chyba ludzie, którzy są na rencie praktycznie „od zawsze”. Mój pogląd na sprawę jest zupełnie inny, ale to wiadomo, także dlatego, że moja renta jest wyższa. I może mam takie zdanie, bo miałam wątpliwą przyjemność przepracować w życiu kilka lat – i spotkały mnie tam same przykrości, których gówniana wypłata nie była w stanie w żaden sposób mi wynagrodzić. Może to jest tak, jak mówiła mi kiedyś terapeutka, że niektórzy potrzebują rutyny i „bycia przydatnym” i to jest ważniejsze, niż strach przed mobbingiem, czy coś. Wiadomo, każdy ma inną konstrukcję psychiczną i niby dla większości to jest ważne, pracować, być w grupie itp.

Ogólnie uważam, że „emerytura” w wieku 37 lat to jedna z najlepszych rzeczy, które mnie w życiu spotkały. Co można robić nie pracując…?

No kurła setki rzeczy. xD Można kupić sobie lustrzankę i jeździć po województwie i robić zdjęcia. Można rysować rysunki i komiksy, na komputerze i w szkicowniku, jak tylko zechcesz. Można czytać książki, ile tylko chcesz. Można grać w gry wideo. Można iść na spacer. Można sprzątać dom albo odmalować pokój. Można pisać. Można pracować w ogrodzie czy na działce. Tylko tak, wiem, część z tych hobby wymaga nakładów finansowych, których nie da 1800 zł renty socjalnej.

Jestem WOLNA i mam czas dla SIEBIE! A nie że siedzę 3/4 dnia w miejscu, którego nienawidzę, w którym każdy jest dla mnie chujem, obgaduje mnie, wyśmiewa i dokucza na różne sposoby, w którym tracę siły psychiczne i fizyczne, i po powrocie z którego mam ochotę tylko się położyć i zdechnąć, a o 5:00 znowu pobudka i znowu od nowa Polska Ludowa i zapierdalaj tak do usrania… Serio to może być dla kogokolwiek jakaś wartość? No okej, na pewno są ludzie, którzy mają satysfakcję z roboty – ja nie miałam (no i dla większości to konieczność i tyle). Była to tylko katorga, bezsensowne cierpienie i utrata sił, za którą raz na miesiąc dostawałam na konto jakieś żałosne ochłapy. Mówię o stażach i o ZAZ. Przysięgam, napiszę gdzieś kiedyś prawdę o tzw. aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych w Polsce. Dotacje z PFRONu są dla zarządu, pani Szczur, dla retardów jest zapierdalanie i darmowe paczki z przeterminowanymi artykułami, ochłapy z pańskiego stołu. Tia, ZAZy to śmierdzące gówno zapakowane w piękny, szczerozłoty papierek – i każdy widzi tylko ten papierek, zawartości już nie.

Wiem, że moje spojrzenie na tę kwestię nie jest uniwersalne, i że duża część schizofreników z powodu swojej choroby oraz kiepskiej wysokości renty nie jest w stanie w taki sposób korzystać z wolnego czasu.

Dodam, że moja renta nie jest od picia, od ćpania czy na piękne oczy – ja jestem naprawdę chora i to się nigdy nie zmieni, a brak elementarnej wiedzy o chorobach psychicznych i ignorancja różnych ludzi z mojego otoczenia albo spoza niego nie zmienia faktów, diagnoz specjalistów ani ciągłej dokumentacji medycznej z 20 lat.

Tyle, że są dni, że mam ochotę tylko leżeć i zdychać, albo gapić się jak jakiś matoł w internet. W głowie uruchamia mi się pralka, zapętla się błędne koło. I na tym właśnie polega moja choroba, na wiecznej dysforii, wiecznym bólu i wiecznym dyskomforcie. To cena, którą płacę za wolność i za dochód „za nic”.

Ale tego nie widać w kadrze.

Ale z drugiej strony – są dni, i jest ich więcej, kiedy funkcjonuję dobrze. Robię coś w domu, oddaję się swoim hobby albo spędzamy razem czas na zewnątrz. I chociaż mam naprawdę wielką tendencję do widzenia tylko tych złych rzeczy – o tych dobrych też warto pamiętać i częściej je widzieć. Bo jak się tak zastanowić, tych dobrych jest jednak więcej. :)

Start, nowy? Nie wiem?

Stało się to, czego w pisaniu jakiegokolwiek bloga o chorobie bardzo się obawiałam. Zapętliłam się, i to w ten negatywny sposób. Pisałam na zamkniętym blogu tylko o negatywach, i masz babo placek… Cieszę się, że ktoś mnie z tego transu wyprowadził. Po pierwsze mój partner, a po drugie mutuals T.

Ten blog powstał już jakiś czas temu, ale był w ogóle na innym silniku – na FlatPress, który jednak postanowiłam zmienić na lepiej mi znany WordPress. Chciałam tu publikować luźne przemyślenia, ale nie jakieś ociekające żółcią, i taki koncept chyba zostanie. Mam w zanadrzu kilka szkiców notek, ale muszę je uzupełnić i poprawić wg. potrzeby.

Także po pierwsze nie chciałabym pisać tu jakichś elaboratów na 900 stron, a po drugie skupiać się tylko na tym, co mi POMAGA. A w mojej chorobie naprawdę ciężko mi widzieć pozytywy i przy okazji nie obwiniać całego szeregu ludzi o wszystko. :’) Stąd pewne granice są u mnie cienkie i łatwo mi się uwikłać we własne ciężkie rozkminy.
I oczywiście od razu zaznaczam, że pisane tutaj teksty nie są jakąś objawioną, bezwzględną prawdą – to są po prostu moje własne przemyślenia i nie trzeba się z nimi zgadzać, ani tym bardziej traktować moich słów jak jakiejś wyroczni. ;)