Notatki na szybko

Cholernie mi żal tego chłopaka… Wiem jak cierpiał. I wiem też, jak to jest być w takim cierpieniu zdanym tylko na siebie. Teraz, wiadomo, życiowe wyzwania nie przerażają, bo mam 40 lat. Ale jak jesteś dzieciakiem i nie wiesz co się w ogóle z tobą dzieje, a dookoła nie ma nikogo, kto choćby zapytałby jak się czujesz, sprawy wyglądają inaczej. Dlatego czuję obrzydzenie, kiedy moi rówieśnicy rzygają tęczą, że w dziewięćdziesiątych to oni sobie grali na Pegasusku i latali za piłeczką po boisku och ach, a teraz to panie, teraz nie ma czasów. Tymczasem ja w dziewięćdziesiątych mogłam tylko siedzieć w ciemnym kąciku, płakać tak żeby nikt nie widział i marzyć o śmierci. Obecnie mogę działać, szukać pomocy w urzędach czy poradniach i rozwiązywać samodzielnie problemy. A gdyby jakiś typ na mnie napadł, to wtedy będzie przestępstwo, a nie „końskie zaloty” albo „szczeniackie wygłupy”. Policja przyjmie zgłoszenie i sprawa skończy się w sądzie, a nie tekstem „uspokój się” czy „nie obchodzi mnie kto zaczął”. Dlatego uważam, że dorosłość jest lepsza od dzieciństwa i młodości. A przy konsoli też mogę siedzieć – bo w końcu mam pieniądze, żeby sobie takową kupić. Mam też czas, żeby móc z niej korzystać.

Szkoda mi zamordowanych dzieciaków i ich rodzin, ale wiem aż za dobrze co on czuł i jaki miał tok myślenia. Tyle, że ja dostałam swoją szansę. Jestem pustelnikiem, który może żyć sobie spokojnie swoim małym życiem. On resztę życia spędzi w więzieniu, a ma ledwie 20 lat.
W komentarzach jakiś koleś się spruł, że ludziom się wydaje, że wszystko jest kwestią wychowania i w ogóle, a tu jeszcze biologia, geny itp! Powiedziałabym, że zawsze łatwiej jest obwinić jakiekolwiek bezosobowe zło, zamiast przyznać, że było się chujowym rodzicem, i zdecydowana większość rodziców jest o tym wręcz święcie przekonana, że to nie oni. To te gry, te telefony, narkotyki, szatan, cokolwiek. Tutaj mamy ewidentne, rażące zaniedbania trwające latami, więc jakie geny i jaka biologia…? Oczywiście nie mówię, że takie czynniki nie mają wpływu na to, na kogo wyrasta dzieciak, ale nie okłamujmy siebie i innych, że wychowanie to tylko dodatek. Szczególnie tutaj, gdzie wina rodziców (i ich totalna głupota) jest ewidentna.

Podoba mi się komentarz, w którym ktoś napisał, że ilu tragedii dałoby się uniknąć, gdyby ludzie kochali swoje dzieci. Kochali i interesowali się nimi, w sensie czymś więcej, niż ich wynikami w nauce.
Temat złości na rodziców przerobiłam na terapii i obecnie uważam go za zamknięty. Moje relacje z mamą są znowu dobre i tego się trzymam. Mam też mózg i nie obwiniam rodziców za rzeczy, które sama odjebałam jako dorosła osoba. Tylko mi czasem przykro, że moi rówieśnicy bezrefleksyjnie powielają to samo gówno, które widzieli we własnych domach rodzinnych, krzywdzą własne dzieci i przez myśl im nie przejdzie, że coś może być tu nie tak. Przecież czcij ojca swego, a skoro nie sprzedali mnie cyganom albo nie napierdalali kablem od prodiża i do tego karmili, to byli idealni! A depresja i choroby psychiczne są od tych głupich telefonów (w naszych czasach były to gry komputerowe, a wcześniej – telewizja). Dobrze, że to nie mój problem i nie muszę o tym za długo myśleć.

No i… Fajnie by było, gdyby ktoś czasem był po prostu miły dla takiego „dziwnego dzieciaka” i czasem się nim zainteresował. To serio nie jest dużo, a może zmienić całe życie młodego człowieka i sprawić, że nie zgnije w więzieniu.

Dzień Matki

Notka napisana oryginalnie na Dzień Matki.

W czasie terapii etap złości na rodziców był u mnie bardzo silny i niestety wręcz destrukcyjny… Ojca to nie dotknęło, bo nie żyje, a ja po prostu nie mam w zwyczaju ciągle rozkopywać komuś grobu. Za to moja mama oberwała dość mocno… Mieszkanie pod jednym dachem dodatkowo psuło sprawę.
Pomogła wyprowadzka. Nasze relacje znowu są dobre.

A co do żalu… Teraz wiem i rozumiem.

Tyle lat przeżyłem w gniewie, dziś rozumiem już sam
Wiem, że nie da się dać więcej, niż samemu się ma
~KęKę

Wtedy nie wiedziałam co to jest za pojęcie: trauma pokoleniowa.

Kocham moją mamę i jestem jej wdzięczna za każdą pomoc i wsparcie. Ale też za to, że jest empatyczną i mądrą kobietą i rozumie moje problemy. Ba, sama też bierze antydepresanty i cieszę się, że dała się namówić na poszukanie pomocy.

Moi rodzice w 1985 r. nie mogli podjąć świadomej decyzji i nie mogę ich za to winić.

Mój partner i ja w 2026 r. wiemy to wszystko, czego oni wtedy w żaden sposób nie mogli wiedzieć. Naszemu pokoleniu, jako pierwszemu w historii ludzkości, zostało dane posiadać samoświadomość.
Dlaczego oboje możemy z pełną świadomością i odpowiedzialnością (i bez konsekwencji społecznych) powiedzieć: nie mamy dzieci, bo nie chcemy powołać do życia nowego człowieka, który będzie chory tak jak my, i który będzie cierpieć tak jak my.

Moi rodzice nie mogli tego wiedzieć.

Pierwszy raz w życiu teraz w końcu cieszę się, że żyję, że jestem.
A mamę kocham i dziękuję jej za wszystkie dobre rzeczy, które dla mnie, dla nas zrobiła.