Kiedyś kontakt z innymi chorymi był dla mnie bardzo ważny. Czułam z nimi wspólnotę i konsekwentnie ignorowałam wszystkie sygnały, które mówiły mi, że to działa tylko w jedną stronę. W sensie, działało też w drugą, ale nie tak jakbym sobie tego życzyła – efki widząc, że jestem dla nich miła (bo bycie niemiłym dla takich ludzi uważałam za nieetyczne) zaczęły mieć wobec mnie roszczenia, także finansowe. Dostałam kilka razy po dupie i w końcu się nauczyłam.
Obecnie stronię od jakichkolwiek forów czy chatów dla schizofreników, bo po prostu aspiruję do czegoś innego, niż taplania się w błędnym kole w psychotycznym bagienku.
Wiem, że to nie do końca wina tych ludzi, ale po prostu nie mam ochoty spędzać czasu online z osobami, które jedyne czego by chciały, to wciągnąć kogoś w swoje szambo i siedź tam razem z nimi i jeszcze rób im bliki, bo przecież masz więcej pieniędzy, niż oni i tak super sobie radzisz. Nie jestem zbawicielem, nie jestem psychoterapeutką i nie jestem MOPSem, także wypad jebane pijawki. Piszę o tym któryś raz, ale co tam.
Oczywiście mam kontakt z innymi chorymi, na moim zamkniętym forum, gdzie nikt obcy nie ma wstępu – już dwa razy był niezły kwas z powodu wpuszczenia tam osób z zewnątrz i wyciągnęłam z tego wnioski. Są to ludzie, których znam po kilka-kilkanaście lat jeszcze z dawnych czasów i z nieistniejących już e-przestrzeni; wiem że to są pewniaki. Stworzyłam spokojne, bezpieczne miejsce, gdzie piszemy sobie w spokoju.
Ogólnie „problem” ze schizofrenikami jest taki, że każdy ma swoje urojenia i pozostałości z czasów psychozy, silniejsze już słabsze – ale pewne rzeczy zostają w każdej głowie, jakby wypalone rozgrzanym, żelaznym prętem… U mnie, chociaż nigdy nie miałam pełnoprawnej psychozy, też tak jest, jak najbardziej.
Ktoś napisał mi ostatnio, że mogłabym wydać książkę. I już kilka takich komentarzy w życiu dostałam… Ba, sama nad tym kiedyś myślałam, ale odpowiedź brzmi: nie napiszę. Tak samo jak nie wydam nigdy komiksu na papierze. Czemu? Są dwa powody. Po pierwsze, wiem, że ludzie czytają takie książki w większości nie dla chęci doedukowania się czy współczucia dla kogokolwiek – oni czytają to dla zaspokojenia chorej ciekawości, tej samej przez którą czytają książki o seryjnych mordercach albo niemieckich lekarzach z obozów koncentracyjnych. A potem wydają werdykt. Podam bardzo mocny, ale dobry przykład: kobieta, która siedziała całą wojnę w getcie, potem w Auschwitz, a na końcu w Bergen-Belsen, a później nie mogła odnaleźć się w nowej rzeczywistości i była dalej prześladowana, przeżyła za mało dramatów i słabo to opisała! Facet, który pisał pamiętnik w obozie zagłady, codziennie widząc najbardziej hardkorowe koszmary i ostatecznie tam zginął, lał wodę, zamiast fajnie i z pazurem to wszystko opisać! Tak mówi pan Wiesław z Facebooka czy inny random, traumy ofiar Holocaustu są dla niego zbyt nudne, będzie tylko jedna gwiazdka na pięć!
No właśnie. To pierwszy powód. Ja może nie mam traumy jak ofiara Holocaustu i nie o to chodzi, ale ludzie to bardzo często puści kretyni, wypowiadający/piszący słowa tylko dlatego, że mają fizycznie taką możliwość (posiadając krtań, struny głosowe, palce, klawiaturę i dostęp do internetu). A drugi powód? Wielu jest mistrzami kładzenia na szali ludzkich losów (to tekst Zeusa, ostatnio coś go słucham więcej niż Szpaka), a ja sobie nie życzę, żeby jakieś normiki oceniały moje życie, problemy i poglądy. Tak samo jak nie życzę sobie oceniania moich rysunków – rysuję dla siebie, a nie dla kogoś, nikt mi za to nie zapłacił, więc że tak powiem nie pytałam. Dlatego nigdy niczego nie wydam i nie puszczę w obieg. Doznałam w życiu zbyt dużo zła i nie mam siły na więcej. Dlatego to co robię jest za friko i tym samym nikogo nie zmuszam do czytania ani oglądania mojej twórczości.
Ok, ale to była dygresja. Wiecie czym schizofrenia różni się od schizotypii? Oczywiście to nie jest żadna reguła, bo treści urojeń potrafią być naprawdę różne, ale: w schizofrenii urojenia są na ogół podporządkowane kręgowi kulturowemu i szerokości geograficznej, z których pochodzi chory. A w schizotypii potrafi to często być coś dziwnego i abstrakcyjnego i takie właśnie dziwne wierzenia przypadły mi.
Kolejnym z powodów, dla których nie utrzymuję kontaktów z innymi chorymi, jest to, że schizofrenicy bardzo często mają urojenia religijne, a że jesteśmy w Polsce – jest to religia katolicka. Tymczasem ja chorobowo (chorobowo, nie chorobliwie) nienawidzę katolicyzmu i wszystko, co go dotyczy, działa na mnie jak płachta na byka. Natychmiast włącza mi się takie gimbusiarskie „ehehe wstawię im teraz najbardziej chamski mem jaki znam, niech się spłaczą XD”, ale jako że mam 40 lat – odpuszczam, bo jaki sens ma takie gówniarskie zachowanie…? No właśnie. Ale trigger jest, dlatego unikam tematu katolicyzmu i ogólnie religii jak ognia.
No i właśnie – dlaczego mój braciak miałby być prawdziwy, a typ rozmawiający z bogiem to urojenia? Mam tego pełną świadomość i to kolejny powód, żeby się w to nie zagłębiać i nie analizować ani innych, ani siebie. Jak się uprzeć, to wszyscy z tą diagnozą jesteśmy w tych „nadprzyrodzonych” kwestiach tak samo wiarygodni. xd Ba, spotkałam się kiedyś z teorią jakiegoś zagranicznego psychoterapeuty, że to co schizofrenik widzi w psychozie, to po prostu „ucieleśnienie” jego najgorszych traum z dzieciństwa i ogólnie z życia. Podał przykład: facet w psychozie widział, jak przypadkowym ludziom wypadają oczy i z okaleczonych oczodołów wypływa krew. Naukowe wyjaśnienie? Jako mały chłopiec był świadkiem tragicznego wypadku, w którym naprawiana ciężarówka spadła i zabiła jego ojca, uszkadzając mu właśnie w taki sposób głowę.
I to mi od razu przypomniało podejście mojej terapeutki, która nie wierzyła w żaden mistycyzm ani duchowość – dla niej to wszystko było neurobiologią, i pewnie w wielu kwestiach miała w tym rację.
Poznałam kiedyś typa, co do którego bardzo mocno się pomyliłam. Wydawało się, że jest racjonalny i ma dystans do wszelkich urojeń – okazało się, że jest dokładnie przeciwnie. Facet, poza tym, że był absolutnym mitomanem i codziennie wymyślał jakieś nowe historie prosto z dupy, uważał się za wielkiego mistyka i wyśmiewał doświadczenia innych, stuprocentowo przekonany, że tylko jego „wizje” są prawdziwe… Jak ktoś oponował – reagował agresją. Dla kontekstu powiem, że jego opiekunka (matka) też była chora psychicznie, a facet brał leki tak jak sam uważał za stosowne i w przypadkowych ilościach, co jest wystarczającym komentarzem do sytuacji. Koleś był zresztą jednym z powodów tego, o czym napisałam w pierwszym akapicie.
W takich momentach macham ręką i zamykam ryj, bo przecież nie będę się licytować czyje urojenia są prawdą, a czyje są tylko urojeniami albo usilnie przekonywać kogoś, że jego bóg to fikcja, bo… bo co, bo mój chory umysł akurat wygenerował coś innego? No właśnie.
Ogólnie swoje schizo rozkminy, te psychotyczne, staram się trzymać dla siebie i rzadko kogokolwiek w nie wtajemniczam. Zdarzały się sytuacje typu koleś, który dawno temu był moim fajnym internetowym ziomeczkiem, a po latach spotkany na FB zaczął wyśmiewać się z tego, co wypisywałam jako psychotyczna nastolatka – tak, właśnie tak zachowuje się 30-kilkuletni facet… :’) Normiki lubią takie historie tylko w książkach, jeśli mogą je potem ocenić i żyć dalej – ale jak opowiadasz im to na żywo, zaczynają odczuwać dyskomfort, który poskutkuje odrzuceniem. Czasem odrzucenie poprzedzi jakiś „fantastyczny żart”. No, choroby psychiczne są przecież śmieszne w chuj.
Nie mam problemu z mówieniem otwarcie o swojej diagnozie i problemach, bo generalnie wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie akceptuje tak ważnej części mnie, to może spadać – ale unikam zagłębiania się w temat. Raz, że nie jestem małpą w zoo, a dwa – znam swój gatunek nie od dziś i wiem, że czasem takie uzewnętrznianie się może prowadzić do problemów. Po co? Wolę swoje małe, spokojne życie.
I tak reasumując, myślę sobie, że to nieważne w co kto wierzy i co widział w psychozie – bo każdy chory coś widział, i tyle. Wiem, że to znowu kwestia stopnia zaburzenia, uszkodzenia mózgu i samoświadomości połączonej z psychoedukacją – nie każdy może wyjść ponad te ograniczenia, część chorych do końca swojego życia będzie wierzyć, że są prorokami, apostołami czy rodzeństwem Jezusa, niestety. Ja jestem z tej części chorych, która dostała możliwość posiadania jakiegoś tam dystansu i przyswojenia wiedzy z dziedzin psychiatrii, psychologii i neurobiologii – więc staram się edukować i rozumieć, że to moja zaburzona głowa często zniekształca moją rzeczywistość, a nie jakieś nadprzyrodzone czynniki zewnętrzne. Ale też nie wykluczam ani nie neguję ich istnienia. :’) W końcu wszechświat jest pełen dziwnych rzeczy, jak to kiedyś mawiała moja internetowa znajoma.
Tak czy srak, w moim życiu chcę dążyć do stabilizacji i spokoju, a nie oglądania się na przeszłość. Ona jest częścią mnie, te psychotyczne etapy również są częścią mnie i to bardziej integralną, niż bym sobie życzyła – ale nie chcę, żeby to definiowało moją teraźniejszość. Ok, „jestem dziwna” i wiem, że nie będę już pracować ani uczyć się, wiem też, że mój stosunek do ludzi za bardzo się nie zmieni, że na własne życzenie nie osiągną już nic jako artystka i tak dalej, ale chciałabym być ponad wspomnienia. I tak na przykład staram się przyjąć do wiadomości, że nie za wszystko odpowiadają moi rodzice czy to, co spotkało mnie w czasie edukacji szkolnej. Umówmy się, ciągłe obwinianie o wszystko rodziców jest strasznie słabe jak masz 40 lat – i tak, tak robiła moja była przyjaciółka. Każdy był winny, a najbardziej jej matka (to przecież ona kazała jej wziąć 200k kredytu, szczególnie że nie żyła wtedy już od kilku lat, c’nie) albo jakaś baba, która 25 lat temu zrobiła jej coś tam – strasznie się wkurzałam, kiedy ona tak pierdoliła… I może na zasadzie jungowskiego cienia, bo ja sama zachowywałam się przecież podobnie – chociaż długo nie miałam odwagi się do tego przyznać i aż mi wstyd wobec mojej mamy za wiele, wiele moich tekstów i zachowań… Także chodzę i ją przepraszam za moje docinki i wstyd mi potem strasznie, ale mój partner powtarza, że to już dużo, że przynajmniej widzę istotę problemu, zamiast ślepo brnąć w chorobę. Dobre i to na sam początek, nie?
Zawsze dziwiło mnie, że dziadek w ludziach coś widzi
Tak jakby część ich cech spisał ktoś sokiem z cytryny
Ja byłem raczej tym, co na dzień dobry się krzywi
Wierząc, że świat by dobry był gdyby się zmienili
Doznałem paru krzywd i nieść zacząłem swą gorycz
A to jest spory krzyż – czy pasożyt, jak sporysz
By zmienić perspektywę, trzeba nadłożyć drogi
Na tyle, żeby odkryć, że to twoje wybory.
~Zeus
Bardzo mocny i jednocześnie niezwykle refleksyjny tekst. Podoba mi się, że piszesz o tych doświadczeniach bez romantyzowania ich, ale też bez udawania, że można po prostu wymazać kawałek własnej historii. Szczególnie trafia do mnie myśl o tym, żeby przeszłość była częścią człowieka, ale nie musiała definiować jego teraźniejszości. Ten dystans do własnych doświadczeń i gotowość do przyznania się przed sobą do rzeczy, których dziś się żałuje, wydają mi się naprawdę wartościowe. No i końcówka z Zeusem bardzo dobrze domyka całość. Dzięki za ten tekst — jest szczery, momentami mocny, ale przede wszystkim bardzo ludzki.
Dziękuję za wartościowy komentarz :)
Ogółem masz bardzo zdrowe podejście, do siebie, do swojej choroby, do innych ludzi w sumie też. Wiem jacy są i dobrze jest trzymać z tymi sprawdzonymi. Sama się wiele razy przejechałam na ludziach i tez takich z którymi czułam, że tak powiem chorobową więź, bo mieli podobnie do mnie. Czasem się komuś pomogło, czasem ktoś pomógł mi ale bywało też tak, że zbytnie angażowanie źle się kończyło.
Co do Twojej twórczości mogłabyś coś napisać, narysować, wydać pokazać. Jednak też masz rację, że ludzie szukają wrażeń w tym po co sięgają. Na krytykę zawsze można trafić, czasem słuszną która nas czegoś nauczy, czasem na zwykły hejt. Ja np jestem głupia bo bohaterzy mojej książki przeklinają xD. Ok, wiem, że jestem ale nie sądziłam, że to się łączy. Jednak dużo tej krytyki to ja np nie mam, bo wybić się, żeby ktoś w ogóle coś chciał przeczytać od mało znanej osoby, to chyba najtrudniejsza rzecz przy wydawaniu czegokolwiek :).
Ogólnie, żeby teraz coś własnego i niezależnego wypromować, trzeba mieć albo milionowy fanbase, albo ogromne możliwości finansowe… Ja nie mam ani tego, ani tego.
Ja ogólnie czuję silną pogardę do ludzi jako ogółu, pisząc blogi staram się tego tak nie pokazywać – bo np. do Ciebie czy pani komentującej wyżej albo kogoś o dobrych intencjach kto tu zajrzy nie czuję, ale już do jakiejś baby, która napisałaby mi takie coś jak Tobie o tych przekleństwach, już bym czuła mocną i baba zostałaby o tym fakcie przeze mnie poinformowana. XD
Jest coś w tym, że ludzie nie rozumieją tego co nie przeżyli.
Co nie? A dla większości choroby psychiczne to jest kompletny abstrakt.