Schizo rozkminy

Kiedyś kontakt z innymi chorymi był dla mnie bardzo ważny. Czułam z nimi wspólnotę i konsekwentnie ignorowałam wszystkie sygnały, które mówiły mi, że to działa tylko w jedną stronę. W sensie, działało też w drugą, ale nie tak jakbym sobie tego życzyła – efki widząc, że jestem dla nich miła (bo bycie niemiłym dla takich ludzi uważałam za nieetyczne) zaczęły mieć wobec mnie roszczenia, także finansowe. Dostałam kilka razy po dupie i w końcu się nauczyłam.
Obecnie stronię od jakichkolwiek forów czy chatów dla schizofreników, bo po prostu aspiruję do czegoś innego, niż taplania się w błędnym kole w psychotycznym bagienku.
Wiem, że to nie do końca wina tych ludzi, ale po prostu nie mam ochoty spędzać czasu online z osobami, które jedyne czego by chciały, to wciągnąć kogoś w swoje szambo i siedź tam razem z nimi i jeszcze rób im bliki, bo przecież masz więcej pieniędzy, niż oni i tak super sobie radzisz. Nie jestem zbawicielem, nie jestem psychoterapeutką i nie jestem MOPSem, także wypad jebane pijawki. Piszę o tym któryś raz, ale co tam.

Oczywiście mam kontakt z innymi chorymi, na moim zamkniętym forum, gdzie nikt obcy nie ma wstępu – już dwa razy był niezły kwas z powodu wpuszczenia tam osób z zewnątrz i wyciągnęłam z tego wnioski. Są to ludzie, których znam po kilka-kilkanaście lat jeszcze z dawnych czasów i z nieistniejących już e-przestrzeni; wiem że to są pewniaki. Stworzyłam spokojne, bezpieczne miejsce, gdzie piszemy sobie w spokoju.

Ogólnie „problem” ze schizofrenikami jest taki, że każdy ma swoje urojenia i pozostałości z czasów psychozy, silniejsze już słabsze – ale pewne rzeczy zostają w każdej głowie, jakby wypalone rozgrzanym, żelaznym prętem… U mnie, chociaż nigdy nie miałam pełnoprawnej psychozy, też tak jest, jak najbardziej.
Ktoś napisał mi ostatnio, że mogłabym wydać książkę. I już kilka takich komentarzy w życiu dostałam… Ba, sama nad tym kiedyś myślałam, ale odpowiedź brzmi: nie napiszę. Tak samo jak nie wydam nigdy komiksu na papierze. Czemu? Są dwa powody. Po pierwsze, wiem, że ludzie czytają takie książki w większości nie dla chęci doedukowania się czy współczucia dla kogokolwiek – oni czytają to dla zaspokojenia chorej ciekawości, tej samej przez którą czytają książki o seryjnych mordercach albo niemieckich lekarzach z obozów koncentracyjnych. A potem wydają werdykt. Podam bardzo mocny, ale dobry przykład: kobieta, która siedziała całą wojnę w getcie, potem w Auschwitz, a na końcu w Bergen-Belsen, a później nie mogła odnaleźć się w nowej rzeczywistości i była dalej prześladowana, przeżyła za mało dramatów i słabo to opisała! Facet, który pisał pamiętnik w obozie zagłady, codziennie widząc najbardziej hardkorowe koszmary i ostatecznie tam zginął, lał wodę, zamiast fajnie i z pazurem to wszystko opisać! Tak mówi pan Wiesław z Facebooka czy inny random, traumy ofiar Holocaustu są dla niego zbyt nudne, będzie tylko jedna gwiazdka na pięć!
No właśnie. To pierwszy powód. Ja może nie mam traumy jak ofiara Holocaustu i nie o to chodzi, ale ludzie to bardzo często puści kretyni, wypowiadający/piszący słowa tylko dlatego, że mają fizycznie taką możliwość (posiadając krtań, struny głosowe, palce, klawiaturę i dostęp do internetu). A drugi powód? Wielu jest mistrzami kładzenia na szali ludzkich losów (to tekst Zeusa, ostatnio coś go słucham więcej niż Szpaka), a ja sobie nie życzę, żeby jakieś normiki oceniały moje życie, problemy i poglądy. Tak samo jak nie życzę sobie oceniania moich rysunków – rysuję dla siebie, a nie dla kogoś, nikt mi za to nie zapłacił, więc że tak powiem nie pytałam. Dlatego nigdy niczego nie wydam i nie puszczę w obieg. Doznałam w życiu zbyt dużo zła i nie mam siły na więcej. Dlatego to co robię jest za friko i tym samym nikogo nie zmuszam do czytania ani oglądania mojej twórczości.

Ok, ale to była dygresja. Wiecie czym schizofrenia różni się od schizotypii? Oczywiście to nie jest żadna reguła, bo treści urojeń potrafią być naprawdę różne, ale: w schizofrenii urojenia są na ogół podporządkowane kręgowi kulturowemu i szerokości geograficznej, z których pochodzi chory. A w schizotypii potrafi to często być coś dziwnego i abstrakcyjnego i takie właśnie dziwne wierzenia przypadły mi.
Kolejnym z powodów, dla których nie utrzymuję kontaktów z innymi chorymi, jest to, że schizofrenicy bardzo często mają urojenia religijne, a że jesteśmy w Polsce – jest to religia katolicka. Tymczasem ja chorobowo (chorobowo, nie chorobliwie) nienawidzę katolicyzmu i wszystko, co go dotyczy, działa na mnie jak płachta na byka. Natychmiast włącza mi się takie gimbusiarskie „ehehe wstawię im teraz najbardziej chamski mem jaki znam, niech się spłaczą XD”, ale jako że mam 40 lat – odpuszczam, bo jaki sens ma takie gówniarskie zachowanie…? No właśnie. Ale trigger jest, dlatego unikam tematu katolicyzmu i ogólnie religii jak ognia.

No i właśnie – dlaczego mój braciak miałby być prawdziwy, a typ rozmawiający z bogiem to urojenia? Mam tego pełną świadomość i to kolejny powód, żeby się w to nie zagłębiać i nie analizować ani innych, ani siebie. Jak się uprzeć, to wszyscy z tą diagnozą jesteśmy w tych „nadprzyrodzonych” kwestiach tak samo wiarygodni. xd Ba, spotkałam się kiedyś z teorią jakiegoś zagranicznego psychoterapeuty, że to co schizofrenik widzi w psychozie, to po prostu „ucieleśnienie” jego najgorszych traum z dzieciństwa i ogólnie z życia. Podał przykład: facet w psychozie widział, jak przypadkowym ludziom wypadają oczy i z okaleczonych oczodołów wypływa krew. Naukowe wyjaśnienie? Jako mały chłopiec był świadkiem tragicznego wypadku, w którym naprawiana ciężarówka spadła i zabiła jego ojca, uszkadzając mu właśnie w taki sposób głowę.
I to mi od razu przypomniało podejście mojej terapeutki, która nie wierzyła w żaden mistycyzm ani duchowość – dla niej to wszystko było neurobiologią, i pewnie w wielu kwestiach miała w tym rację.

Poznałam kiedyś typa, co do którego bardzo mocno się pomyliłam. Wydawało się, że jest racjonalny i ma dystans do wszelkich urojeń – okazało się, że jest dokładnie przeciwnie. Facet, poza tym, że był absolutnym mitomanem i codziennie wymyślał jakieś nowe historie prosto z dupy, uważał się za wielkiego mistyka i wyśmiewał doświadczenia innych, stuprocentowo przekonany, że tylko jego „wizje” są prawdziwe… Jak ktoś oponował – reagował agresją. Dla kontekstu powiem, że jego opiekunka (matka) też była chora psychicznie, a facet brał leki tak jak sam uważał za stosowne i w przypadkowych ilościach, co jest wystarczającym komentarzem do sytuacji. Koleś był zresztą jednym z powodów tego, o czym napisałam w pierwszym akapicie.

W takich momentach macham ręką i zamykam ryj, bo przecież nie będę się licytować czyje urojenia są prawdą, a czyje są tylko urojeniami albo usilnie przekonywać kogoś, że jego bóg to fikcja, bo… bo co, bo mój chory umysł akurat wygenerował coś innego? No właśnie.

Ogólnie swoje schizo rozkminy, te psychotyczne, staram się trzymać dla siebie i rzadko kogokolwiek w nie wtajemniczam. Zdarzały się sytuacje typu koleś, który dawno temu był moim fajnym internetowym ziomeczkiem, a po latach spotkany na FB zaczął wyśmiewać się z tego, co wypisywałam jako psychotyczna nastolatka – tak, właśnie tak zachowuje się 30-kilkuletni facet… :’) Normiki lubią takie historie tylko w książkach, jeśli mogą je potem ocenić i żyć dalej – ale jak opowiadasz im to na żywo, zaczynają odczuwać dyskomfort, który poskutkuje odrzuceniem. Czasem odrzucenie poprzedzi jakiś „fantastyczny żart”. No, choroby psychiczne są przecież śmieszne w chuj.

Nie mam problemu z mówieniem otwarcie o swojej diagnozie i problemach, bo generalnie wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie akceptuje tak ważnej części mnie, to może spadać – ale unikam zagłębiania się w temat. Raz, że nie jestem małpą w zoo, a dwa – znam swój gatunek nie od dziś i wiem, że czasem takie uzewnętrznianie się może prowadzić do problemów. Po co? Wolę swoje małe, spokojne życie.

I tak reasumując, myślę sobie, że to nieważne w co kto wierzy i co widział w psychozie – bo każdy chory coś widział, i tyle. Wiem, że to znowu kwestia stopnia zaburzenia, uszkodzenia mózgu i samoświadomości połączonej z psychoedukacją – nie każdy może wyjść ponad te ograniczenia, część chorych do końca swojego życia będzie wierzyć, że są prorokami, apostołami czy rodzeństwem Jezusa, niestety. Ja jestem z tej części chorych, która dostała możliwość posiadania jakiegoś tam dystansu i przyswojenia wiedzy z dziedzin psychiatrii, psychologii i neurobiologii – więc staram się edukować i rozumieć, że to moja zaburzona głowa często zniekształca moją rzeczywistość, a nie jakieś nadprzyrodzone czynniki zewnętrzne. Ale też nie wykluczam ani nie neguję ich istnienia. :’) W końcu wszechświat jest pełen dziwnych rzeczy, jak to kiedyś mawiała moja internetowa znajoma.

Tak czy srak, w moim życiu chcę dążyć do stabilizacji i spokoju, a nie oglądania się na przeszłość. Ona jest częścią mnie, te psychotyczne etapy również są częścią mnie i to bardziej integralną, niż bym sobie życzyła – ale nie chcę, żeby to definiowało moją teraźniejszość. Ok, „jestem dziwna” i wiem, że nie będę już pracować ani uczyć się, wiem też, że mój stosunek do ludzi za bardzo się nie zmieni, że na własne życzenie nie osiągną już nic jako artystka i tak dalej, ale chciałabym być ponad wspomnienia. I tak na przykład staram się przyjąć do wiadomości, że nie za wszystko odpowiadają moi rodzice czy to, co spotkało mnie w czasie edukacji szkolnej. Umówmy się, ciągłe obwinianie o wszystko rodziców jest strasznie słabe jak masz 40 lat – i tak, tak robiła moja była przyjaciółka. Każdy był winny, a najbardziej jej matka (to przecież ona kazała jej wziąć 200k kredytu, szczególnie że nie żyła wtedy już od kilku lat, c’nie) albo jakaś baba, która 25 lat temu zrobiła jej coś tam – strasznie się wkurzałam, kiedy ona tak pierdoliła… I może na zasadzie jungowskiego cienia, bo ja sama zachowywałam się przecież podobnie – chociaż długo nie miałam odwagi się do tego przyznać i aż mi wstyd wobec mojej mamy za wiele, wiele moich tekstów i zachowań… Także chodzę i ją przepraszam za moje docinki i wstyd mi potem strasznie, ale mój partner powtarza, że to już dużo, że przynajmniej widzę istotę problemu, zamiast ślepo brnąć w chorobę. Dobre i to na sam początek, nie?

Zawsze dziwiło mnie, że dziadek w ludziach coś widzi
Tak jakby część ich cech spisał ktoś sokiem z cytryny
Ja byłem raczej tym, co na dzień dobry się krzywi
Wierząc, że świat by dobry był gdyby się zmienili
Doznałem paru krzywd i nieść zacząłem swą gorycz
A to jest spory krzyż – czy pasożyt, jak sporysz
By zmienić perspektywę, trzeba nadłożyć drogi
Na tyle, żeby odkryć, że to twoje wybory.

~Zeus

Notatki na szybko

Cholernie mi żal tego chłopaka… Wiem jak cierpiał. I wiem też, jak to jest być w takim cierpieniu zdanym tylko na siebie. Teraz, wiadomo, życiowe wyzwania nie przerażają, bo mam 40 lat. Ale jak jesteś dzieciakiem i nie wiesz co się w ogóle z tobą dzieje, a dookoła nie ma nikogo, kto choćby zapytałby jak się czujesz, sprawy wyglądają inaczej. Dlatego czuję obrzydzenie, kiedy moi rówieśnicy rzygają tęczą, że w dziewięćdziesiątych to oni sobie grali na Pegasusku i latali za piłeczką po boisku och ach, a teraz to panie, teraz nie ma czasów. Tymczasem ja w dziewięćdziesiątych mogłam tylko siedzieć w ciemnym kąciku, płakać tak żeby nikt nie widział i marzyć o śmierci. Obecnie mogę działać, szukać pomocy w urzędach czy poradniach i rozwiązywać samodzielnie problemy. A gdyby jakiś typ na mnie napadł, to wtedy będzie przestępstwo, a nie „końskie zaloty” albo „szczeniackie wygłupy”. Policja przyjmie zgłoszenie i sprawa skończy się w sądzie, a nie tekstem „uspokój się” czy „nie obchodzi mnie kto zaczął”. Dlatego uważam, że dorosłość jest lepsza od dzieciństwa i młodości. A przy konsoli też mogę siedzieć – bo w końcu mam pieniądze, żeby sobie takową kupić. Mam też czas, żeby móc z niej korzystać.

Szkoda mi zamordowanych dzieciaków i ich rodzin, ale wiem aż za dobrze co on czuł i jaki miał tok myślenia. Tyle, że ja dostałam swoją szansę. Jestem pustelnikiem, który może żyć sobie spokojnie swoim małym życiem. On resztę życia spędzi w więzieniu, a ma ledwie 20 lat.
W komentarzach jakiś koleś się spruł, że ludziom się wydaje, że wszystko jest kwestią wychowania i w ogóle, a tu jeszcze biologia, geny itp! Powiedziałabym, że zawsze łatwiej jest obwinić jakiekolwiek bezosobowe zło, zamiast przyznać, że było się chujowym rodzicem, i zdecydowana większość rodziców jest o tym wręcz święcie przekonana, że to nie oni. To te gry, te telefony, narkotyki, szatan, cokolwiek. Tutaj mamy ewidentne, rażące zaniedbania trwające latami, więc jakie geny i jaka biologia…? Oczywiście nie mówię, że takie czynniki nie mają wpływu na to, na kogo wyrasta dzieciak, ale nie okłamujmy siebie i innych, że wychowanie to tylko dodatek. Szczególnie tutaj, gdzie wina rodziców (i ich totalna głupota) jest ewidentna.

Podoba mi się komentarz, w którym ktoś napisał, że ilu tragedii dałoby się uniknąć, gdyby ludzie kochali swoje dzieci. Kochali i interesowali się nimi, w sensie czymś więcej, niż ich wynikami w nauce.
Temat złości na rodziców przerobiłam na terapii i obecnie uważam go za zamknięty. Moje relacje z mamą są znowu dobre i tego się trzymam. Mam też mózg i nie obwiniam rodziców za rzeczy, które sama odjebałam jako dorosła osoba. Tylko mi czasem przykro, że moi rówieśnicy bezrefleksyjnie powielają to samo gówno, które widzieli we własnych domach rodzinnych, krzywdzą własne dzieci i przez myśl im nie przejdzie, że coś może być tu nie tak. Przecież czcij ojca swego, a skoro nie sprzedali mnie cyganom albo nie napierdalali kablem od prodiża i do tego karmili, to byli idealni! A depresja i choroby psychiczne są od tych głupich telefonów (w naszych czasach były to gry komputerowe, a wcześniej – telewizja). Dobrze, że to nie mój problem i nie muszę o tym za długo myśleć.

No i… Fajnie by było, gdyby ktoś czasem był po prostu miły dla takiego „dziwnego dzieciaka” i czasem się nim zainteresował. To serio nie jest dużo, a może zmienić całe życie młodego człowieka i sprawić, że nie zgnije w więzieniu.

Jak sobie poradzić z chorobą (i chorymi na nią xD)

Znajomy z forum ogląda tego pana (ziomek to wysoko funkcjonujący schizofrenik) i czasem linkuje:

To są bardzo ważne rzeczy, o których ten pan mówi i serio warto się do tego stosować i dbać o te sprawy. Pan, bodajże Wojtek, ma więcej podobnych filmów na swoim kanale.

Tyle, że… Tutaj wchodzimy w temat, o którym kiedyś opowiadała mi terapeutka. Nie każdy schizofrenik ma do tego, że tak powiem, predyspozycje. Wiecie, na schizę może zachorować zarówno głupi Jasio z wioski, jak i wybitny doktor nauk. Ale są ludzie z tak silną schizofrenią, że ich życie to jedna wielka bańka urojeń i oni są totalnie oderwani od rzeczywistości, bo mają rozwalone mózgi. Po prostu, w kwestii fizjologii i neurobiologii, i to nie jest kwestia „pracy nad sobą” czy „dobrych chęci”.

Często jest też tak, że ci słabo funkcjonujący są w pełni zależni od równie odklejonych rodziców. Znam dwa takie przypadki. Zresztą prawda jest taka, że w miarę normalna matka i ojciec nie wychowają tak ekstremalnie zaburzonego dziecka, jak te konkretne osoby, o których myślę pisząc te słowa.

A poza tym bądźmy szczerzy: co ogarniętemu człowiekowi – nawet choremu, który chce się rozwijać a nie tkwić w szambie choroby, ma do zaoferowania osoba, która kwalifikuje się tylko do DPSu, bo całkowicie zatraciła umiejętność odróżniania rzeczywistości od urojeń…? O ćpunach i pijakach, dla których trawka i alkohol są święte, ale leki już niekoniecznie, już nawet nie mówię.

Sama bardzo myliłam się co do kilku ludzi, z którymi dzielę diagnozę… Czasem ktoś wydawał się naprawdę ogarnięty i inteligentny, ale po dłuższej lub krótszej znajomości widziałam, że ta osoba po prostu kręci się w kółko i nie robi kompletnie żadnych postępów, w najlepszym razie. Ba, izolacja zawsze prowadzi do regresu. Po 30-stce już serio trudno to nadrobić. Mówię to z perspektywy osoby, która w wieku 21 lat musiała chodzić załatwiać sprawy z mamą i mama wykonywała za mnie również telefony, a teraz, mając lat 40, mieszkam na swoim i mimo pewnych trudności normalnie funkcjonuję, jestem w związku i „prowadzę dom”. A mieszkanie z toksyczną rodziną nie pomaga.

Ale to niby nie moja sprawa. W sensie, moja o tyle, że takie osoby usiłowały mnie wciągnąć w to swoje chorobowe szambo, chcąc żebym utopiła się tam z nimi – wielu chorym wygodniej siedzieć w szambie. …ale znanym szambie i płakać nad sobą albo snuć nierealne fantazje, zamiast próbować cokolwiek naprawdę zmienić, nawet jakąś minimalną rzecz. Tyle, że to nie jest wina tych ludzi – a bardziej po prostu systemu, który nie pomoże tym, którzy sami nie przyjdą i nie zatroszczą się o swoje sprawy… A ci bardziej odklejeni jeszcze mają potem roszczenia – no bo jak to, dobrze sobie radzę, mam wyższą rentę, więc moim obowiązkiem jest wspierać takie obrzygane sierotki życiowe. Logiczne, nie? Sytuacji, w której totalnie odklejona laska stwierdziła, że sprzeda z matką mieszkanie i przeprowadzi się do mojego miasta, „bo będę jej pomagać”, nawet nie skomentuję. XD Po postawieniu granicy wychodzi prawda o takich osobach w steku ich wyzwisk i chamstwa – czyli to, że żyją w totalnej Nibylandii własnego, chorego umysłu, bez szans na powrót. Mnie serio nic nie spadło z nieba – wywalczyłam to sobie, bo mogłam. No właśnie – bo mogłam. Oni nie mogą, tak jak ja nie mogę zdobyć Siula Grande, tyle że to nie jest powód, dla którego powinnam się w jakikolwiek sposób nad takimi osobami litować, skoro sama mam potem przez takich ludzi problemy z głową. Nie jestem psychiatrą, psychoterapeutką ani pracowniczką MOPSu.

No i potem mamy sytuacje typu taka właśnie osoba w okolicach 30-stki, która nie jest w stanie w ogóle wyjść z domu, samodzielnie zrobić zakupów, gospodarować swoją rentą (bo całą przewala na pierdoły z Temu, a potem płacze, że „głoduje” albo nie ma na leki usiłując wyciągać pieniądze od internetowych znajomych) albo wziąć prysznica, wymyśla sobie „super plan”, że wyjedzie za granicę, pójdzie na studia albo założy firmę. Chciałoby się powiedzieć, że nieładnie niszczyć komuś marzenia, ale no… to nie marzenia, to urojenia, a tacy ludzie nie są w stanie tego rozróżnić. Życie nauczyło mnie, że takich trzeba po prostu olać, jeśli samemu nie chce się mieć kłopotów. Niech sobie żyją w swoim świecie, bo i tak już nie wrócą do społeczeństwa.

Okrutne, smutne? No tak, schizofrenia jest bardzo okrutna i smutna. A system niewydolny i ci ludzie są często zdani tylko na siebie. W Polsce mamy taką sytuację, że osoby niepełnosprawnej nikt nie poprowadzi za rękę w ZUSie czy innej instytucji – jak nie potrafisz samodzielnie załatwić sobie danego świadczenia czy sprawy, to masz problem. A ludzie będący w poważnym stadium choroby – no nie potrafią. Często po śmierci rodziców nisko funkcjonujący schizofrenicy trafiają na ulicę albo piją/ćpają na umór i sami umierają. Ich stan to zasługa w głównej mierze rodziców, którzy nie chcieli ani nie umieli ich wspierać – także ucząc samodzielności. Wydaje mi się, że łatwiej uczyć samodzielności osobę z np. amputowanymi nogami – bo to zdaniem wielu „prawdziwa” niepełnosprawność, ją WIDAĆ i można łatwiej odnieść to do własnej sytuacji („gdybym nie miał nóg, nie mógłbym wejść do mojego mieszkania na piętrze, a przecież człowiek nie potrafi latać”), więc łatwiej im zrozumieć. No i jak pisałam, schizofrenia nie bierze się znikąd. Czasem to efekt brania narkotyków, a czasem właśnie „cudownego” wychowania.

Nie, nie powołuję się na żadne badania ani źródła. To są wszystko dowody anegdotyczne – moje wnioski nie dotyczą żadnego ogółu, tylko moich własnych obserwacji i doświadczeń. A siedzę w temacie od dawna, wiele lat pisałam również na forach psychiatrycznych. Także wiele wiedziałam i spotykałam różnych ludzi – ale proszę nie brać moich obserwacji za jakiś „fakt objawiony”.

Obecnie uważam, że poszerzanie grona znajomych o kolejnych schizofreników jest bez sensu i utrzymuję kontakt tylko z tymi osobami, które znam od kilku-kilkunastu lat i wiem, że to wporzo ludzie. Którzy jak się źle czują, to idą do lekarza zamiast dawać na mszę albo chlać. W końcu ważne jest, żeby równać do góry, do zdrowszych, a nie na dno obsranego bajora…

Trauma z dzieciństwa odc. 2137

Wpis ma być o zupełnie o czym innym, ale na sam początek napiszę o czymś dla mnie ważnym.
Dowiedziałam się dzisiaj, że niecałe dwa tygodnie temu zmarł mój internetowy znajomy, Szelest… Był to bardzo kreatywny facet, który bardzo dużo rysował i pisał i na tym polu łączyła nas nić porozumienia. Nie wiem co dokładnie się stało, ale niestety, jednym ze skutków schizofrenii może być przedwczesna śmierć. Szelest był nieco starszy ode mnie, miał mnóstwo planów i pomysłów, było nawet dane nam spotkać się na żywo. Dla mnie to duża strata, a tak jeszcze chciałam z nim czasem pogadać o tworzeniu i zamówić u niego rysunek…
Spoczywaj w pokoju, Adam. Będzie mi brakowało Twoich rysunków, piosenek i wierszy.
—

Mroczne sekrety uzdrowiska w Rabce-Zdroju. Dzieci pisały listy z błaganiem o powrót

Wrzucam to, ale już nie po to, żeby płakać nad swoją traumą albo złościć się na matkę, że w sumie cztery razy wysłała mnie do tego piekła (Rabka i Kamieniec) w sumie na 8 miesięcy, i napisać o tym wywód na 900 stron i przeżywać przez 20 lat. Jak powiedziała terapeutka: wtedy więcej wiedziało się o górnych drogach oddechowych dziecka, niż o jego psychice. Mama chciała, żebym była zdrowa – tylko tyle.

Po prostu powrót do tej tematyki i komentarze ludzi w sieci dały mi pewną ulgę: hej, nie tylko ja czułam się w tym miejscu jak w jebanym Auschwitz! I nie, nie przesadzałam ani nie wymyślałam, jak to zapewniali mnie dorośli. Setki dzieciaków z mojego pokolenia i starszych poznały ten ból – i w końcu po 30-40 latach ktoś to nazwał po imieniu. Patologią, nadużyciem lub wręcz przestępstwem.
Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar. Ale w końcu przestaliśmy nazywać patologię i przemoc „normalną metodą wychowawczą”.

Start, nowy? Nie wiem?

Stało się to, czego w pisaniu jakiegokolwiek bloga o chorobie bardzo się obawiałam. Zapętliłam się, i to w ten negatywny sposób. Pisałam na zamkniętym blogu tylko o negatywach, i masz babo placek… Cieszę się, że ktoś mnie z tego transu wyprowadził. Po pierwsze mój partner, a po drugie mutuals T.

Ten blog powstał już jakiś czas temu, ale był w ogóle na innym silniku – na FlatPress, który jednak postanowiłam zmienić na lepiej mi znany WordPress. Chciałam tu publikować luźne przemyślenia, ale nie jakieś ociekające żółcią, i taki koncept chyba zostanie. Mam w zanadrzu kilka szkiców notek, ale muszę je uzupełnić i poprawić wg. potrzeby.

Także po pierwsze nie chciałabym pisać tu jakichś elaboratów na 900 stron, a po drugie skupiać się tylko na tym, co mi POMAGA. A w mojej chorobie naprawdę ciężko mi widzieć pozytywy i przy okazji nie obwiniać całego szeregu ludzi o wszystko. :’) Stąd pewne granice są u mnie cienkie i łatwo mi się uwikłać we własne ciężkie rozkminy.
I oczywiście od razu zaznaczam, że pisane tutaj teksty nie są jakąś objawioną, bezwzględną prawdą – to są po prostu moje własne przemyślenia i nie trzeba się z nimi zgadzać, ani tym bardziej traktować moich słów jak jakiejś wyroczni. ;)