Co to kurde jest Trójkąt Dramatyczny?!

Ogólnie zawsze byłam zdania, że psychoedukacja jest ważna i trochę jej liznęłam podczas różnych terapii lub czytając/oglądając różne rzeczy w internecie. Nie przyswajałam jednak tej wiedzy regularnie, a nauka ma to do siebie, że pewne rzeczy szybko tracą aktualność, albo są modyfikowane, albo pojawia się jeszcze coś kompletnie nowego. Stąd zdaje sobie sprawę, że mam spore luki w mojej wiedzy, a np. moja terapeutka (z którą nie mam kontaktu od roku) też nie była przecież wszechwiedząca.

To raz, a dwa, uważam, że interakcje z innymi ludźmi mającymi szeroko pojęte problemy natury psychicznej, mogą mi dużo dać. Oczywiście mówię tutaj o osobach świadomych swojego stanu, które funkcjonują lepiej lub podobnie jak ja, a nie o ćpunach w wiecznej psychozie albo ludziach, którzy przez izolację dziwaczeją i następuje u nich regres.
Fajnie jest czasem powymieniać opinie i komentarze, bo można dowiedzieć się czegoś nowego. I tak w kontekście moich zawiłych (a przynajmniej zawiłych w mojej głowie) relacji koleżeńskich dowiedziałam się o pojęciu z dziedziny psychologii: Trójkącie Dramatycznym.

No, tak, to moje zachowanie – miałam zerową świadomość faktu, że to istnieje, ma jakąś nazwę i że cokolwiek w ogóle można z tym zrobić. Szczęśliwie problem nie dotyczy mojego związku, tylko tych mniej bliskich relacji. Niechcący, nieświadomie i bezwiednie powieliłam schemat – bo tak zachowywała się kiedyś moja mama i to widziałam w domu rodzinnym.
Ale moja mama przecież też była nieświadoma istnienia Trójkąta Dramatycznego i też gdzieś to zobaczyła (i powieliła), zapewne we własnym domu rodzinnym.

Psychoedukacje potęguje samoświadomość. To przecież nie tak, że cholera wie co tam się dzieje w tej głowie i nie wiadomo czy cokolwiek można z tym zrobić. Link, który podałam nie tylko wyjaśnia, czym jest ten nieszczęsny trójkąt, ale i podaje wskazówki pomocne w wyjściu z tego dysfunkcyjnego schematu. Bo, że jest dysfunkcyjny, nie ma wątpliwości – co widzę po sobie i tym, jak to wpływa na moje relacje z ludźmi. Wskazówki z artykułu dotyczą wprawdzie bardziej sytuacji zawodowych, ale można je również odnieść do zwykłej codzienności.
Terapeutka podczas trzech lat terapii zasiała u mnie pewne ziarna i one dopiero teraz wykiełkowały i rośnie co ma rosnąć. Np. stałam się asertywna. Nie uciekam już w popłochu, ani nie biegnę na nikogo z siekierą. Mam jeszcze to i owo do nadrobienia, ale z tą asertywnością, to był dla mnie milowy krok.

Fajnie też, jeśli ktoś widzi moje nieprawidłowe schematy i potrafi mi zwrócić na to uwagę – na ogół jest to mój partner, czasem ktoś z moich mutualsów lub czytelników. Warto patrzeć na swoje problemy z kilku perspektyw, a to jest u mnie średnio możliwe bez pomocy innych ludzi – dlatego twierdzę, że marazm i izolacja to najlepsi przyjaciele chorób psychicznych. Swoją drogą, na tym też polega siła terapii grupowej – czasem ktoś pokazywał mi coś, czego sama bym tak łatwo nie dostrzegła, tylko dalej wiła w głowie jakieś pomieszane, acz nie mające zbytnio związku z rzeczywistością teorie.

Zabawnym – teraz, bo wtedy nie było mi do śmiechu – przykładem może być sytuacja sprzed kilkunastu lat. Ze względu na złe traktowanie mnie w przeszłości, w wieku 20-kilku lat miałam coś w rodzaju natręctwa czy nawet urojenia, że śmierdzę. Szłam przez miasto, coś zaśmierdziało z jakiegoś śmietnika i ja już wiedziałam doskonale, że przecież to ode mnie. Dodam, że zawsze, od dziecka, byłam osobą dbającą o higienę osobistą i czystość, prysznic, kosmetyki i pralka to od zawsze moi przyjaciele i pilnuję, żeby przypadkiem nie wyjść do ludzi w poplamionej koszulce czy zawłosionych przez zwierzaki spodniach. W czasach szkolnych mama również nie puściłaby mnie do szkoły bez kąpieli czy w brudnych ubraniach, ale to nie przeszkadzało moim rówieśnikom mówić, że jestem obrzydliwa i śmierdząca. No i tak mi to weszło w głowę…

Pewnego razu na jednej z terapii grupowych nie wytrzymałam i zapytałam wprost terapeutkę i inne osoby z grupy: czy ja śmierdzę? Terapeutka zdziwiła się, skąd takie pytanie, więc jej wyjaśniłam. Powiedziała, że nie śmierdzę i dała głos innym uczestnikom terapii. Ci przytaknęli, że absolutnie nie śmierdzę i ku mojemu zdumieniu podeszli do tego bardzo spokojnie i wyrozumiale. Nikt mnie nie wyśmiał, a terapeutka przekazała mi cenny wniosek: czasem warto weryfikować to, co nam się z jakiegoś powodu wydaje oczywiste, bo może wcale tak nie być. :) Chociaż to ostatnie zdanie to już bardziej do osób z zaburzeniami ze spektrum schizofrenii.