Taka miła sytuacja

(wpis z wczoraj)

Ostatnio często zdarza nam się robić zakupy późnym wieczorem, bo jest wtedy mało ludzi i temperatury są już znośne.
Mój facet czekał w samochodzie z psicą, a ja poszłam do marketu. Chodzę sobie i robię zakupy, aż docieram do stoiska z warzywami. Przy nim jakaś starsza pani. Ja oglądam bakłażany, bo pomyślałam, że dodam do zapiekanki, a starsza pani ogląda pomidory. I nagle, z taką ogromną dozą radości, czystej energii i ewidentną podjarką, mówi do mnie: „jaki wielki pomidor!”. Patrzę na pomidora, i faktycznie wielki, jak dwie rozłożone dłonie! Doceniłam i radość pani, i rozmiar pomidora, i wesoło odpowiedziałam, że rzeczywiście jest ogromny, jak dwa i tak już duże pomidory obok.

Bo nie wiem czy wiecie, ale ja mam w sobie ogromne pokłady radości i dziecinnego jarania się różnymi rzeczami, którymi żaden poważny i dorosły człowiek już się nie jara. Tak, dobrze czytacie. Ja, pisząca na zamkniętych blogach elaboraty o nienawiści do gatunku ludzkiego i radykalnej mizantropii (to już prawie dyskurs eksterminacyjny xD), potrafię nie posiadać się z radości, bo na posesji sąsiada rośnie jakiś kolorowy kwiatek. Albo, że zobaczyłam trzmiela. Albo, że światło tak pięknie wygląda na liściach lub że gruby, pręgowany kot znowu przyszedł do naszego ogrodu. Albo, że śmieszna automatyczna kosiarka znowu jeździ po trawniku sąsiadów.
I teraz muszę się bardzo pilnować, żeby to nie doprowadziło mnie to do konkluzji, która zniszczy nastrój i mój, i tego wpisu. No tak, biedny mały dzieciak, który chciał tylko być akceptowany i kochany, a skończył skopany i opluty i co rusz jakiś somat, fizyczny ból albo paraliżujący lęk o tym przypomni…
Okej, było tak. Było tak przez długi czas. Ale to minęło. Dzieciak dorósł i nauczył się bronić i o tym pamięta – nawet jeśli tak naprawdę już mało kto go atakuje. Do tego jest obok drugi przeszły skrzywdzony dzieciak, przy którym mogę w pełni być sobą – a nawet nieświadomie uczę go mojej radości na widok kwiatka, bo on też zaczął dostrzegać kwiatki i na wspólnych spacerach mi je pokazuje. Wcześniej widział tylko ciemność i pustkę.

Na zasadzie dziecięcej radości i troski nie zostawię na pastwę losu na przykład rannego zwierzęcia. Tak, zdarzało mi się już dzwonić po pomoc dla kotów i gołębia.

Nienawidzę ludzi, bo są źli, krzywdzą zwierzęta, dzieci, słabszych… Ale fakty są takie, że jeśli trzeba, to dzwonię po karetkę dla zarzyganego gościa, który leży pijany do nieprzytomności na chodniku. Albo po policję do poważnej awantury rodzinnej w mieszkaniu alkoholików. Robienie jakichś dobrych rzeczy, nawet małych czy wynikających z obywatelskiego obowiązku, daje mi satysfakcję – większą, niż zwymyślanie kogoś na Facebooku.

Starsza pani zachwycona wielkim pomidorem zrobiła mi dzisiaj dzień. :)

Dzień Matki

Notka napisana oryginalnie na Dzień Matki.

W czasie terapii etap złości na rodziców był u mnie bardzo silny i niestety wręcz destrukcyjny… Ojca to nie dotknęło, bo nie żyje, a ja po prostu nie mam w zwyczaju ciągle rozkopywać komuś grobu. Za to moja mama oberwała dość mocno… Mieszkanie pod jednym dachem dodatkowo psuło sprawę.
Pomogła wyprowadzka. Nasze relacje znowu są dobre.

A co do żalu… Teraz wiem i rozumiem.

Tyle lat przeżyłem w gniewie, dziś rozumiem już sam
Wiem, że nie da się dać więcej, niż samemu się ma
~KęKę

Wtedy nie wiedziałam co to jest za pojęcie: trauma pokoleniowa.

Kocham moją mamę i jestem jej wdzięczna za każdą pomoc i wsparcie. Ale też za to, że jest empatyczną i mądrą kobietą i rozumie moje problemy. Ba, sama też bierze antydepresanty i cieszę się, że dała się namówić na poszukanie pomocy.

Moi rodzice w 1985 r. nie mogli podjąć świadomej decyzji i nie mogę ich za to winić.

Mój partner i ja w 2026 r. wiemy to wszystko, czego oni wtedy w żaden sposób nie mogli wiedzieć. Naszemu pokoleniu, jako pierwszemu w historii ludzkości, zostało dane posiadać samoświadomość.
Dlaczego oboje możemy z pełną świadomością i odpowiedzialnością (i bez konsekwencji społecznych) powiedzieć: nie mamy dzieci, bo nie chcemy powołać do życia nowego człowieka, który będzie chory tak jak my, i który będzie cierpieć tak jak my.

Moi rodzice nie mogli tego wiedzieć.

Pierwszy raz w życiu teraz w końcu cieszę się, że żyję, że jestem.
A mamę kocham i dziękuję jej za wszystkie dobre rzeczy, które dla mnie, dla nas zrobiła.

 

Po co koc obciążeniowy

Kupiłam sobie kilka miesięcy temu koc obciążeniowy.

Na początku oczekiwałam jakichś rewolucyjnych zmian, ale one nie nastąpiły, więc przez długi czas zastanawiałam się czy ten koc cokolwiek w ogóle robi. Może po prostu dałam się złapać na kolejny chwyt marketingowy…? Ziomek też mnie pytał o ten koc i napisałam mu, że w sumie to nie wiem co o tym sądzić.

Ale w maju, będąc w tzw. domu rodzinnym przekonałam się, że koc jednak robi robotę i to dość konkretnie. Obudziłam się w środku nocy i zrobiła mi się w głowie dzika gonitwa złych myśli… No i w domu w takiej sytuacji ten koc mi to błyskawicznie ukaja i potem zasypiam uspokojona. A tym razem cierpiałam cierpienie, bo nie miałam mojego koca i nie miałam co ze sobą zrobić, więc leżałam godzinę, patrząc się w telefon i usiłując się jakoś uspokoić.

No i to tak.

Żywoty rencistów

Mnóstwo ludzi, którzy zbliżają się do emerytury, tak ma, że boją się tej emerytury, nadmiaru wolnego czasu i „zdziadzienia”. I okej, dzieli nas pokolenie, ale sama pracowałam z osobami typu „no co można robić w domu przez dwa tygodnie?!” niewiele starszymi ode mnie.

Dla mnie to dziwne. Psychiatra uraczył mnie kiedyś tekstem, że jestem za młoda, żeby nie pracować. Z uśmiechem, może trochę złośliwym, zapewniłam go, że bardzo dobrze się czuję nie pracując i nie musi się o to martwić.

Duża ilość schizofreników uznaje rentę za życiową porażkę i to są w większości chyba ludzie, którzy są na rencie praktycznie „od zawsze”. Mój pogląd na sprawę jest zupełnie inny, ale to wiadomo, także dlatego, że moja renta jest wyższa. I może mam takie zdanie, bo miałam wątpliwą przyjemność przepracować w życiu kilka lat – i spotkały mnie tam same przykrości, których gówniana wypłata nie była w stanie w żaden sposób mi wynagrodzić. Może to jest tak, jak mówiła mi kiedyś terapeutka, że niektórzy potrzebują rutyny i „bycia przydatnym” i to jest ważniejsze, niż strach przed mobbingiem, czy coś. Wiadomo, każdy ma inną konstrukcję psychiczną i niby dla większości to jest ważne, pracować, być w grupie itp.

Ogólnie uważam, że „emerytura” w wieku 37 lat to jedna z najlepszych rzeczy, które mnie w życiu spotkały. Co można robić nie pracując…?

No kurła setki rzeczy. xD Można kupić sobie lustrzankę i jeździć po województwie i robić zdjęcia. Można rysować rysunki i komiksy, na komputerze i w szkicowniku, jak tylko zechcesz. Można czytać książki, ile tylko chcesz. Można grać w gry wideo. Można iść na spacer. Można sprzątać dom albo odmalować pokój. Można pisać. Można pracować w ogrodzie czy na działce. Tylko tak, wiem, część z tych hobby wymaga nakładów finansowych, których nie da 1800 zł renty socjalnej.

Jestem WOLNA i mam czas dla SIEBIE! A nie że siedzę 3/4 dnia w miejscu, którego nienawidzę, w którym każdy jest dla mnie chujem, obgaduje mnie, wyśmiewa i dokucza na różne sposoby, w którym tracę siły psychiczne i fizyczne, i po powrocie z którego mam ochotę tylko się położyć i zdechnąć, a o 5:00 znowu pobudka i znowu od nowa Polska Ludowa i zapierdalaj tak do usrania… Serio to może być dla kogokolwiek jakaś wartość? No okej, na pewno są ludzie, którzy mają satysfakcję z roboty – ja nie miałam (no i dla większości to konieczność i tyle). Była to tylko katorga, bezsensowne cierpienie i utrata sił, za którą raz na miesiąc dostawałam na konto jakieś żałosne ochłapy. Mówię o stażach i o ZAZ. Przysięgam, napiszę gdzieś kiedyś prawdę o tzw. aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych w Polsce. Dotacje z PFRONu są dla zarządu, pani Szczur, dla retardów jest zapierdalanie i darmowe paczki z przeterminowanymi artykułami, ochłapy z pańskiego stołu. Tia, ZAZy to śmierdzące gówno zapakowane w piękny, szczerozłoty papierek – i każdy widzi tylko ten papierek, zawartości już nie.

Wiem, że moje spojrzenie na tę kwestię nie jest uniwersalne, i że duża część schizofreników z powodu swojej choroby oraz kiepskiej wysokości renty nie jest w stanie w taki sposób korzystać z wolnego czasu.

Dodam, że moja renta nie jest od picia, od ćpania czy na piękne oczy – ja jestem naprawdę chora i to się nigdy nie zmieni, a brak elementarnej wiedzy o chorobach psychicznych i ignorancja różnych ludzi z mojego otoczenia albo spoza niego nie zmienia faktów, diagnoz specjalistów ani ciągłej dokumentacji medycznej z 20 lat.

Tyle, że są dni, że mam ochotę tylko leżeć i zdychać, albo gapić się jak jakiś matoł w internet. W głowie uruchamia mi się pralka, zapętla się błędne koło. I na tym właśnie polega moja choroba, na wiecznej dysforii, wiecznym bólu i wiecznym dyskomforcie. To cena, którą płacę za wolność i za dochód „za nic”.

Ale tego nie widać w kadrze.

Ale z drugiej strony – są dni, i jest ich więcej, kiedy funkcjonuję dobrze. Robię coś w domu, oddaję się swoim hobby albo spędzamy razem czas na zewnątrz. I chociaż mam naprawdę wielką tendencję do widzenia tylko tych złych rzeczy – o tych dobrych też warto pamiętać i częściej je widzieć. Bo jak się tak zastanowić, tych dobrych jest jednak więcej. :)

Start, nowy? Nie wiem?

Stało się to, czego w pisaniu jakiegokolwiek bloga o chorobie bardzo się obawiałam. Zapętliłam się, i to w ten negatywny sposób. Pisałam na zamkniętym blogu tylko o negatywach, i masz babo placek… Cieszę się, że ktoś mnie z tego transu wyprowadził. Po pierwsze mój partner, a po drugie mutuals T.

Ten blog powstał już jakiś czas temu, ale był w ogóle na innym silniku – na FlatPress, który jednak postanowiłam zmienić na lepiej mi znany WordPress. Chciałam tu publikować luźne przemyślenia, ale nie jakieś ociekające żółcią, i taki koncept chyba zostanie. Mam w zanadrzu kilka szkiców notek, ale muszę je uzupełnić i poprawić wg. potrzeby.

Także po pierwsze nie chciałabym pisać tu jakichś elaboratów na 900 stron, a po drugie skupiać się tylko na tym, co mi POMAGA. A w mojej chorobie naprawdę ciężko mi widzieć pozytywy i przy okazji nie obwiniać całego szeregu ludzi o wszystko. :’) Stąd pewne granice są u mnie cienkie i łatwo mi się uwikłać we własne ciężkie rozkminy.
I oczywiście od razu zaznaczam, że pisane tutaj teksty nie są jakąś objawioną, bezwzględną prawdą – to są po prostu moje własne przemyślenia i nie trzeba się z nimi zgadzać, ani tym bardziej traktować moich słów jak jakiejś wyroczni. ;)