Ogólnie zawsze byłam zdania, że psychoedukacja jest ważna i trochę jej liznęłam podczas różnych terapii lub czytając/oglądając różne rzeczy w internecie. Nie przyswajałam jednak tej wiedzy regularnie, a nauka ma to do siebie, że pewne rzeczy szybko tracą aktualność, albo są modyfikowane, albo pojawia się jeszcze coś kompletnie nowego. Stąd zdaje sobie sprawę, że mam spore luki w mojej wiedzy, a np. moja terapeutka (z którą nie mam kontaktu od roku) też nie była przecież wszechwiedząca.
To raz, a dwa, uważam, że interakcje z innymi ludźmi mającymi szeroko pojęte problemy natury psychicznej, mogą mi dużo dać. Oczywiście mówię tutaj o osobach świadomych swojego stanu, które funkcjonują lepiej lub podobnie jak ja, a nie o ćpunach w wiecznej psychozie albo ludziach, którzy przez izolację dziwaczeją i następuje u nich regres.
Fajnie jest czasem powymieniać opinie i komentarze, bo można dowiedzieć się czegoś nowego. I tak w kontekście moich zawiłych (a przynajmniej zawiłych w mojej głowie) relacji koleżeńskich dowiedziałam się o pojęciu z dziedziny psychologii: Trójkącie Dramatycznym.
No, tak, to moje zachowanie – miałam zerową świadomość faktu, że to istnieje, ma jakąś nazwę i że cokolwiek w ogóle można z tym zrobić. Szczęśliwie problem nie dotyczy mojego związku, tylko tych mniej bliskich relacji. Niechcący, nieświadomie i bezwiednie powieliłam schemat – bo tak zachowywała się kiedyś moja mama i to widziałam w domu rodzinnym.
Ale moja mama przecież też była nieświadoma istnienia Trójkąta Dramatycznego i też gdzieś to zobaczyła (i powieliła), zapewne we własnym domu rodzinnym.
Psychoedukacje potęguje samoświadomość. To przecież nie tak, że cholera wie co tam się dzieje w tej głowie i nie wiadomo czy cokolwiek można z tym zrobić. Link, który podałam nie tylko wyjaśnia, czym jest ten nieszczęsny trójkąt, ale i podaje wskazówki pomocne w wyjściu z tego dysfunkcyjnego schematu. Bo, że jest dysfunkcyjny, nie ma wątpliwości – co widzę po sobie i tym, jak to wpływa na moje relacje z ludźmi. Wskazówki z artykułu dotyczą wprawdzie bardziej sytuacji zawodowych, ale można je również odnieść do zwykłej codzienności.
Terapeutka podczas trzech lat terapii zasiała u mnie pewne ziarna i one dopiero teraz wykiełkowały i rośnie co ma rosnąć. Np. stałam się asertywna. Nie uciekam już w popłochu, ani nie biegnę na nikogo z siekierą. Mam jeszcze to i owo do nadrobienia, ale z tą asertywnością, to był dla mnie milowy krok.
Fajnie też, jeśli ktoś widzi moje nieprawidłowe schematy i potrafi mi zwrócić na to uwagę – na ogół jest to mój partner, czasem ktoś z moich mutualsów lub czytelników. Warto patrzeć na swoje problemy z kilku perspektyw, a to jest u mnie średnio możliwe bez pomocy innych ludzi – dlatego twierdzę, że marazm i izolacja to najlepsi przyjaciele chorób psychicznych. Swoją drogą, na tym też polega siła terapii grupowej – czasem ktoś pokazywał mi coś, czego sama bym tak łatwo nie dostrzegła, tylko dalej wiła w głowie jakieś pomieszane, acz nie mające zbytnio związku z rzeczywistością teorie.
Zabawnym – teraz, bo wtedy nie było mi do śmiechu – przykładem może być sytuacja sprzed kilkunastu lat. Ze względu na złe traktowanie mnie w przeszłości, w wieku 20-kilku lat miałam coś w rodzaju natręctwa czy nawet urojenia, że śmierdzę. Szłam przez miasto, coś zaśmierdziało z jakiegoś śmietnika i ja już wiedziałam doskonale, że przecież to ode mnie. Dodam, że zawsze, od dziecka, byłam osobą dbającą o higienę osobistą i czystość, prysznic, kosmetyki i pralka to od zawsze moi przyjaciele i pilnuję, żeby przypadkiem nie wyjść do ludzi w poplamionej koszulce czy zawłosionych przez zwierzaki spodniach. W czasach szkolnych mama również nie puściłaby mnie do szkoły bez kąpieli czy w brudnych ubraniach, ale to nie przeszkadzało moim rówieśnikom mówić, że jestem obrzydliwa i śmierdząca. No i tak mi to weszło w głowę…
Pewnego razu na jednej z terapii grupowych nie wytrzymałam i zapytałam wprost terapeutkę i inne osoby z grupy: czy ja śmierdzę? Terapeutka zdziwiła się, skąd takie pytanie, więc jej wyjaśniłam. Powiedziała, że nie śmierdzę i dała głos innym uczestnikom terapii. Ci przytaknęli, że absolutnie nie śmierdzę i ku mojemu zdumieniu podeszli do tego bardzo spokojnie i wyrozumiale. Nikt mnie nie wyśmiał, a terapeutka przekazała mi cenny wniosek: czasem warto weryfikować to, co nam się z jakiegoś powodu wydaje oczywiste, bo może wcale tak nie być. :) Chociaż to ostatnie zdanie to już bardziej do osób z zaburzeniami ze spektrum schizofrenii.
Hah jakoś na początku miesiąca dosłownie czytałam o trójkącie dramtycznym w jednej książce. Tyle, że tam ten temat był tylko wspomniany i słobo rozwinięty. Chętnie pocztam więcej, żeby lepiej się przyjrzeć własnym schematom. Myślę, że jeszcze czasem mi się zdarza mimowolnie jakieś role przyjmować.
Z tym śmierdzeniem mam podobnie, może nie cały czas i mocno natarczywie ale od czasu do czasu łapie mnie myśl, że śmierdzę choć jak zapytam zaufanej osoby, to zaprzecza. No i dochodzi fakt, że dopiero co się myłam. Jeszcze żeby było zabawniej, to ja ogółem słabiej odczuwam zapachy. Ktoś inny musi faktycznie nie myć się od miesięcy, żebym wyczuła. Ale czuję swój urojony zapach 😅
Może warto się zastanowić skąd takie myśli? ;) Ja po latach wiem już, że z powodu bardzo niskiej samooceny, braku akceptacji otoczenia i ogólnie szeroko pojętego złego traktowania w dzieciństwie.
Potem, wraz z kolejnymi terapiami i zmianą leków, to uczucie zniknęło.