Żywoty rencistów

Mnóstwo ludzi, którzy zbliżają się do emerytury, tak ma, że boją się tej emerytury, nadmiaru wolnego czasu i „zdziadzienia”. I okej, dzieli nas pokolenie, ale sama pracowałam z osobami typu „no co można robić w domu przez dwa tygodnie?!” niewiele starszymi ode mnie.

Dla mnie to dziwne. Psychiatra uraczył mnie kiedyś tekstem, że jestem za młoda, żeby nie pracować. Z uśmiechem, może trochę złośliwym, zapewniłam go, że bardzo dobrze się czuję nie pracując i nie musi się o to martwić.

Duża ilość schizofreników uznaje rentę za życiową porażkę i to są w większości chyba ludzie, którzy są na rencie praktycznie „od zawsze”. Mój pogląd na sprawę jest zupełnie inny, ale to wiadomo, także dlatego, że moja renta jest wyższa. I może mam takie zdanie, bo miałam wątpliwą przyjemność przepracować w życiu kilka lat – i spotkały mnie tam same przykrości, których gówniana wypłata nie była w stanie w żaden sposób mi wynagrodzić. Może to jest tak, jak mówiła mi kiedyś terapeutka, że niektórzy potrzebują rutyny i „bycia przydatnym” i to jest ważniejsze, niż strach przed mobbingiem, czy coś. Wiadomo, każdy ma inną konstrukcję psychiczną i niby dla większości to jest ważne, pracować, być w grupie itp.

Ogólnie uważam, że „emerytura” w wieku 37 lat to jedna z najlepszych rzeczy, które mnie w życiu spotkały. Co można robić nie pracując…?

No kurła setki rzeczy. xD Można kupić sobie lustrzankę i jeździć po województwie i robić zdjęcia. Można rysować rysunki i komiksy, na komputerze i w szkicowniku, jak tylko zechcesz. Można czytać książki, ile tylko chcesz. Można grać w gry wideo. Można iść na spacer. Można sprzątać dom albo odmalować pokój. Można pisać. Można pracować w ogrodzie czy na działce. Tylko tak, wiem, część z tych hobby wymaga nakładów finansowych, których nie da 1800 zł renty socjalnej.

Jestem WOLNA i mam czas dla SIEBIE! A nie że siedzę 3/4 dnia w miejscu, którego nienawidzę, w którym każdy jest dla mnie chujem, obgaduje mnie, wyśmiewa i dokucza na różne sposoby, w którym tracę siły psychiczne i fizyczne, i po powrocie z którego mam ochotę tylko się położyć i zdechnąć, a o 5:00 znowu pobudka i znowu od nowa Polska Ludowa i zapierdalaj tak do usrania… Serio to może być dla kogokolwiek jakaś wartość? No okej, na pewno są ludzie, którzy mają satysfakcję z roboty – ja nie miałam (no i dla większości to konieczność i tyle). Była to tylko katorga, bezsensowne cierpienie i utrata sił, za którą raz na miesiąc dostawałam na konto jakieś żałosne ochłapy. Mówię o stażach i o ZAZ. Przysięgam, napiszę gdzieś kiedyś prawdę o tzw. aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych w Polsce. Dotacje z PFRONu są dla zarządu, pani Szczur, dla retardów jest zapierdalanie i darmowe paczki z przeterminowanymi artykułami, ochłapy z pańskiego stołu. Tia, ZAZy to śmierdzące gówno zapakowane w piękny, szczerozłoty papierek – i każdy widzi tylko ten papierek, zawartości już nie.

Wiem, że moje spojrzenie na tę kwestię nie jest uniwersalne, i że duża część schizofreników z powodu swojej choroby oraz kiepskiej wysokości renty nie jest w stanie w taki sposób korzystać z wolnego czasu.

Dodam, że moja renta nie jest od picia, od ćpania czy na piękne oczy – ja jestem naprawdę chora i to się nigdy nie zmieni, a brak elementarnej wiedzy o chorobach psychicznych i ignorancja różnych ludzi z mojego otoczenia albo spoza niego nie zmienia faktów, diagnoz specjalistów ani ciągłej dokumentacji medycznej z 20 lat.

Tyle, że są dni, że mam ochotę tylko leżeć i zdychać, albo gapić się jak jakiś matoł w internet. W głowie uruchamia mi się pralka, zapętla się błędne koło. I na tym właśnie polega moja choroba, na wiecznej dysforii, wiecznym bólu i wiecznym dyskomforcie. To cena, którą płacę za wolność i za dochód „za nic”.

Ale tego nie widać w kadrze.

Ale z drugiej strony – są dni, i jest ich więcej, kiedy funkcjonuję dobrze. Robię coś w domu, oddaję się swoim hobby albo spędzamy razem czas na zewnątrz. I chociaż mam naprawdę wielką tendencję do widzenia tylko tych złych rzeczy – o tych dobrych też warto pamiętać i częściej je widzieć. Bo jak się tak zastanowić, tych dobrych jest jednak więcej. :)

Start, nowy? Nie wiem?

Stało się to, czego w pisaniu jakiegokolwiek bloga o chorobie bardzo się obawiałam. Zapętliłam się, i to w ten negatywny sposób. Pisałam na zamkniętym blogu tylko o negatywach, i masz babo placek… Cieszę się, że ktoś mnie z tego transu wyprowadził. Po pierwsze mój partner, a po drugie mutuals T.

Ten blog powstał już jakiś czas temu, ale był w ogóle na innym silniku – na FlatPress, który jednak postanowiłam zmienić na lepiej mi znany WordPress. Chciałam tu publikować luźne przemyślenia, ale nie jakieś ociekające żółcią, i taki koncept chyba zostanie. Mam w zanadrzu kilka szkiców notek, ale muszę je uzupełnić i poprawić wg. potrzeby.

Także po pierwsze nie chciałabym pisać tu jakichś elaboratów na 900 stron, a po drugie skupiać się tylko na tym, co mi POMAGA. A w mojej chorobie naprawdę ciężko mi widzieć pozytywy i przy okazji nie obwiniać całego szeregu ludzi o wszystko. :’) Stąd pewne granice są u mnie cienkie i łatwo mi się uwikłać we własne ciężkie rozkminy.
I oczywiście od razu zaznaczam, że pisane tutaj teksty nie są jakąś objawioną, bezwzględną prawdą – to są po prostu moje własne przemyślenia i nie trzeba się z nimi zgadzać, ani tym bardziej traktować moich słów jak jakiejś wyroczni. ;)